Idą leśni…….

Oddziały partyzanckie to była nie tylko walka z Niemcami. Ludzi trzeba było wyżywić, uzbroić, zorganizować obóz i w miarę normalne życie obozowe. Pisał o tym w swoich wspomnieniach Antoni Heda „Szary”. Dowódca musiał o to wszystko zadbać. O tym jak sobie radzono ze zwykłą codziennością i jak była również niebezpieczna, wspominał jeden z Jego żołnierzy. Zamieszczam to opowiadanie, bo ono uzupełnia prawdziwy obraz i klimat tamtych dni i tamtych ludzi.

Kotły – z cyklu „Aniół Stróż”.

Było pogodne popołudnie – początek czerwca 1944r. Szliśmy w trójkę ścieżkami leśnymi w kierunku wschodnim do miasta S. Oddział leśny rozrastał się.  Napływało wielu młodych ludzi z najbliższego terenu ziemi kieleckiej; zagrożeni aresztowaniem, uciekinierzy z więzień, spaleni w organizacji działającej w miastach. Napływali też ochotnicy palący się do walki z Niemcami. Godzina „W” zbliżała się. Trzeba było tę gromadę ludzi uzbroić i przeszkolić, ale przede wszystkim nakarmić.

Szef zaopatrzenia rwał włosy z głowy na rannej odprawie u Komendanta. – Czym ja mam ich nakarmić i w czym to wszystko co mamy do jedzenia ugotować? Nie mam dużych kotłów, a te co mam – kilka małych – to nawet przy kolejnym trzykrotnym gotowaniu na obecny stan Oddziału nie wystarczają.

A zaopatrzenie w prowiant?  – pyta Komendant.

– To jeszcze funkcjonuje możliwie. Największa bieda z kotłami.

A ile ich potrzeba? I jakie?

Najlepsza to by była kuchnia polowa wojskowa…

O tym potem pomyślimy, to nie taka prosta sprawa,  trzeba zdobyć – przerwał dowódca I Kompanii. Teraz najważniejsze potrzeby bieżące.

W takim razie to chyba ze dwa duże kotły emaliowane z pokrywami, jakie robi odlewnia w S. Zapada decyzja Komendanta: wysłać ludzi – przywieźć.

Macie tam kogoś nadającego się do takiej roboty i znającego teren? – zwraca się do obecnych na odprawie.

Chyba tak – odpowiada dowódca II Kompanii:   „Straszny”.

 – Prawda, zapomniałem o nim. Idealny wybór, trochę porywczy chłopak, ale mocny, twardy, po wojsku. Taki nie zawiedzie. Dobrze. Dawać go tu.

Adiutant wybiegł i za kilka minut wrócił prowadząc ze sobą „Strasznego”. Było to chłopisko przystojne, z 90 kg żywej wagi, potężne w barach jako, że pochodził z rodziny młynarzy, z nastroszonymi brwiami i pogodnym uśmiechem.

Na rozkaz, panie Komendancie  – zadudniło barytonem.

Dobrze, już dobrze. „Straszny” jest robota. Pójdziesz do S. tam jest odlewnia. Trzeba przywieź dwa kotły, duże, 200 litrowe, bo mi tu kucharz płacze, że nie ma w czym gotować, a wojsko głodne. Co i kogo potrzebujesz, przedstaw mojemu zastępcy.

Panie Komendancie, ja już teraz mogę to podać.

-Mów.

Proszę przydzielić do mnie „Żabę” i „Dąbka”, a broń to po jednej dziewiątce i przydałoby się kilka granatów na wszelki wypadek

Tylko bez wypadków! Ostrożnie załatwić. A teraz przygotować się, po południu wymarsz. A kotły muszą być. Zrozumiano?

Tak jest. Rozkaz.

I tak to się właśnie stało, że szliśmy tego popołudnia,  „Straszny”, „Żaba” i „Dąbek” tzn. ja,  ścieżkami leśnymi w stronę S. Ścieżki leśne  dla laika to splot różnych wydeptanych dróżek wychodzących z niewiadomego kierunku i idących donikąd. Ale ścieżki leśne to  szersze lub węższe wydeptania traw, gałązek, ściółki z iglastych drzew. To drogi zwierzyny leśnej, na których zdarzało się spotkać „żelazka”, wnyki, atrybuty bandyckiego procederu kłusowników. To też dukty leśne, przecinające masywy leśne na akweny, przeważnie idące w kierunkach prostopadłych do siebie.

Już dawno zeszliśmy z tych małych, krzyżujących się ścieżek i podążaliśmy wzdłuż duktu na tzw. ‘punkt”. W naszym słowniku partyzanckim było to miejsce, do którego chciało się dotrzeć. Czasem do najbliższej tego miejsca docelowego okolicy.

Czas odpocząć. Mamy już ładne kilometry drogi za sobą, a do wieczora jeszcze daleko – rzekłem. Poza tym trzeba się trochę posilić i omówić zadanie.

Kiedy już ulokowaliśmy się obok duktu i wyciągnęli suchy prowiant, zwróciłem się do „Strasznego”:

Gadaj teraz dokładnie, co było na odprawie i resztę o zadaniu.

O odprawie niewiele mogę powiedzieć, wezwano mnie. „Stary” dał rozkaz przywieźć kotły i już.

Zaraz – rzekłem. Tak bez żadnych szczegółów o fabryce, Niemcach?

Nie było o tym mowy – dodał „Straszny”.

A nas to kto wytypował? „Stary”?  – nie ustępowałem.

Nie, to ja – zabrzmiało trochę cicho. Ale już potem pewniej – przecież się znamy i co, może nie damy rady zrobić te kotły w trójkę?

„Żaba” milczał, nie wtrącając się do rozmowy.

To może masz już jakiś plan działania, jakąś koncepcję? – ciągnąłem dalej.

Przyznam, że jeszcze nie – miękko powiedział „Straszny”.

No, dosyć na razie. Wiemy niewiele, ale i to dużo. Trzeba teraz poważnie się zastanowić. Z chwilą kiedy dojdziemy na „Punkt” rozpoczyna się akcja i za żadne ustalenia nie będzie czasu.

Zdałem sobie sprawę, że powoli przejmuję inicjatywę. Był to wynik doświadczenia – praktyki konspiracyjnej. Od lutego 1940r byłem w ZWZ, potem AK, czynnym w ruchu oporu. Prowadziłem propagandę w podokręgu „Morwa”. Wykradaliśmy amunicję z fabryki. Byłem w kontakcie z szefem wywiadu „Bryksem”, szefem łączności „Sarmatą”. Wyjazdy do miast, szczególnie Radomia wymagały przygotowań, opracowań. Mieliśmy tam punkty kontaktowe prasy podziemnej, ale Radom był opanowany przez niemieckie komórki wywiadu, które szkoliły się w tym  mieście i praktykowały jednocześnie czynnie. Tu było niebezpiecznie. Trzeba było zawsze przeprowadzać przygotowania, jeśli musiało się tam jechać. A jechać było trzeba.

„Żaba” przerwał moje wspomnienia, jakie mnie przez chwilę naszły.

Szkoda czasu. Zaczynamy. Mów – zwrócił się do mnie.

A więc sprawa pierwsza. Wchodzimy do miasta przed 12 – tą w nocy, ustalmy więc, gdzie zatrzymamy się na początek. Musi to być na skraju miasta. Stamtąd dopiero przeniesiemy się na melinę bliżej fabryki, po przeprowadzonym rozpoznaniu.

Spojrzałem na „Strasznego”. No i co – chyba u Ciebie, we młynie. Trasa wzdłuż rzeki, którą dobrze znamy i za godzinę jesteśmy na miejscu. Będziemy szli między fabryką amunicji a miastem. Teren zarośnięty, podmokły. Będziemy szli jak duchy.

W porządku – powiedział „Straszny”. Na młynie powinno być w porządku. Tam rzadko pokazują się Niemcy, a i to w dzień, po zaopatrzenie.

Drugą melinę proponuję u „Ciotki”. Od niej do odlewni niecałe 200 metrów. Melinę u „Ciotki” rozpozna „Żaba” przed południem.

Ty – zwróciłem się do „Strasznego” – pokręcisz się za jakąś furą i koniem na parę dni, aby była do dyspozycji w każdej chwili od pojutrza.

A ty? – „Żaba” spojrzał na mnie. Ja rozpocznę penetrację i rozpoznanie odlewni. Będę chciał spotkać się z kimś znajomym, który pracuje w odlewni.

Kto to? – padło podwójne pytanie.

Bez nazwisk – rzekłem. Jest to ktoś na stanowisku i prawdopodobnie będzie  miał pełne rozeznanie o fabryce, Niemcach itp. Ale – dodałem – nie wiem, czy zastanę tego kogoś przed południem. Muszę szykować się i na ewentualne spotkanie około 16 – tej. Pójdę bez broni i na mnie  czekajcie, jeśli u „Ciotki” spokój. Przeprowadzajcie się do niej i wywieźcie znak. Jak będę wracał, zajrzę koło „Ciotki” i jak będzie znak, od razu walę do niej. U „Ciotki” też ustalimy dalsze postępowanie, jak już będziemy więcej wiedzieć.

A jak u „Ciotki” nie będzie czysto? – spytał „Żaba”.

To przecież, wiesz. Na tej ulicy, trochę dalej są jeszcze dwie meliny – takie samo postępowanie. Ja będę uważał.

Ponownie spojrzałem na „Strasznego”. Ty decydujesz – powiedziałem. Był przecież dowódcą naszej grupki.

Dobrze, tak chyba będzie najlepiej. Idziemy.

Ruszyliśmy dalej. Zbliżał się zmrok, kiedy wychodziliśmy na „punkt”, tj.  rzeczkę koło starej cegielni. Byliśmy jeszcze w lesie, po prawej mieliśmy prawie bagniska, bardzo podmokły teren, po lewej i na wprost las rzedniał i przechodził w gęste zagajniki. Nagle „Straszny”, który prowadził, zatrzymał się i dał znać ręką byśmy byli cicho. Teraz i my usłyszeliśmy lekki, nierozpoznawalny jeszcze szum czy odgłosy ruchu. Może zwierzyna przechodzi do wody – pomyślałem.

Podejdziemy bliżej – usłyszałem szept.

Ruszyliśmy bezszelestnie. Już dawało się rozróżnić szum – tam byli ludzie. Podeszliśmy jeszcze bliżej i wtedy usłyszeliśmy wyraźnie śpiewaną modlitwę partyzancką.

Modlitwa partyzancka rozpowszechniła się błyskawicznie, towarzyszyła i nam w Oddziale. Co wieczór, jeśli był spokój, kompanie stawały na apelu i śpiewaliśmy tę modlitwę. Niezapomniane słowa wyrażały tęsknotę za Polską żołnierzy tułaczy ze wszystkich stron, ze wszystkich frontów II wojny światowej, frontów armii podziemnej. Te słowa pamiętam do dzisiaj:

O, Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń!

Wołamy z wszystkich stron do Ciebie o polski dach, o polską broń.

O, Boże, skrusz ten miecz, co siecze Kraj, do wolnej Polski nam powrócić daj!

By stał się twierdzą nowej siły nasz Dom — nasz Kraj.

Podeszliśmy jeszcze trochę bliżej i stanęli parę kroków z tyłu za szeregiem. Włączyliśmy się do śpiewu. Modlitwa się skończyła i dopiero wtedy nas zauważono.

 – A wy kto?

To nie nasi – ktoś inny  zawołał.

Zrobił się szum. Otoczono nas. Zbliżył się dowódca tego oddziału.

Jak żeście się tu dostali i kim jesteście? – zapytał.

Panie poruczniku – rzekłem – my swoi, idziemy do miasta na akcję, usłyszeliśmy modlitwę, też chcieliśmy pośpiewać i oto jesteśmy u was.

A swoją drogą – zaatakowałem – to kiepsko się ubezpieczacie.

Do porucznika zbliżył się jakiś partyzant.

 – Ja ich znam. To ludzie „Szarego”.

Do mnie też zbliżył się jakiś partyzant.

 – My się chyba znamy.

Rozpoznałem go w zapadającym zmroku.

Tak, z konspiracji – odpowiedziałem.

Odwrócił się i rzekł do porucznika:

 – Ja tego znam. Razem pracowaliśmy w konspiracji. Chyba wszystko w porządku.

Lody się przełamały.

Macie co jeść? – zapytał porucznik.

 – Na dziś wystarczy, a jutro na melinie będzie inaczej.

Wiesz u kogo jesteście? – pytał dalej.

 – Nie, panie poruczniku. Śpiew nas zwabił. To było silniejsze, modlitwa partyzancka.

 – To dobrze. Porucznik wyraźnie się uspokoił.

Wiedziałem dobrze, gdzie jesteśmy, jaki to oddział napotkaliśmy. Poznałem to po ich uzbrojeniu. Wszyscy mieli automaty różne i niemieckie i Steny suchedniowskie, granaty za pasami. To był najlepiej uzbrojony pluton ochrony radiostacji. Lotny, ruchliwy i dobrze uzbrojony. Po krótkich rozmowach, życzeniach powodzenia w akcji, wyruszyliśmy dalej. Robiło się ciemno.

Nie trzeba było ich niepokoić – mruknąłem do „Żaby”

To przecież swoi – odrzekł.

 – To teraz wiesz, a jakby było inaczej, mogły być kłopoty, a my mamy zadanie.

Nie wspomniałem żadnemu, że wiem jaki oddział spotkaliśmy. Tak było najlepiej. Reszta drogi przebiegła spokojnie. Skok przez tory, szosę, przejście brodem na drugą stronę rzeki, marsz ścieżkami przez zadrzewione brzegi rzeki i łąki. Połowę drogi prowadziłem ja, znałem te tereny. To były nasze kąpieliska w rzece, tam chodziliśmy się opalać, grać w piłkę. Całe wakacje, wszystkie wolne chwile spędzaliśmy właśnie tam. Drugą połowę drogi, już poza odlewnią, do młyna prowadził „Straszny”. Po godzinie byliśmy na miejscu. Krótki wywiad i po paru minutach byliśmy w stodole na sianie. Gospodarz, który nas tu przyprowadził, milcząc przez drogę, powiedział:

 – Tu możecie spać spokojnie. Ja do rana jestem we młynie. W razie czego uprzedzę, a wyjście ze stodoły drugie, jest tam. A dalej parę kroków i las. Ciepłe mleko na śniadanie przygotują kobiety w domu.

Kiedy mnie obudzono, było już widno. W stodole stało wiadro z wodą, miednica, a na stołku ręczniki, mydło. A w domu gorące mleko, chleb swojski, ser. Gospodyni przyglądała się nam.

Ten to nasz – wskazała na „Strasznego”. Ale i was już tu gdzieś widziałam.

Miała dobre oko.

Przechodziliśmy już tędy, może wtedy – odpowiedziałem.

Gospodarz zwrócił się do mnie:

 – Nie myślcie, że chcemy się was pozbyć, ale na jak długo tutaj się zatrzymacie? Jeżeli dłużej, to trzeba zorganizować lepszą obserwację.

 – Chyba nie będzie takiej potrzeby. On – wskazałem na „Strasznego” – będzie do około południa, ma tu coś załatwić, a my niedługo wychodzimy do miasta i jak dobrze pójdzie już nie wrócimy.

Za gościnę i wspaniałe śniadanie – zwróciłem się do gospodyni  – już teraz bardzo dziękujemy.

Zdaliśmy broń „Strasznemu” i po pewnym czasie, pojedynczo, najpierw „Żaba”, potem ja, wyruszyliśmy do miasta. Miałem zamiar zorientować się czy jest Jurek, do którego właśnie się wybierałem. A najpierw spotkałem Stefana, też będącego w konspiracji. Ucieszyłem się. Stefan był kolegą Jurka, a więc pierwsze wstępne informacje już teraz mogę uzyskać.

 – Cześć, Stefan.

Cześć – odrzekł. Co tu robisz? Dawno cię nie widziałem. A może wstąpimy do mnie do domu i swobodnie porozmawiamy?

– Dobrze.

U Stefana po kilku słowach ogólnej rozmowy zwrócił się on bezpardonowo do mnie:

– No, a teraz gadaj co cię gryzie i co masz na żołądku. Przecież widać to po tobie. A ze mną , to wiesz – wszystko – albo pogadamy o dziewczynkach.

Taki był Stefan. Opowiedziałem o zadaniu, poza tym z kim jestem. Zresztą nie chciał o tym wiedzieć.

– Dobrze – powiedział. Chyba da się to zrobić na spokojnie. Przyjdź dziś od razu do Jurka, o 17 –tej. Ja będę u nich wcześniej, uprzedzę ich i tam już dokładnie porozmawiamy. Siostra Jurka pracuje w Odlewni jako Główna Księgowa i ona wie prawie wszystko, co będzie nam potrzebne. Do mieszkania Jurka zastukałem prawie punktualnie. Do pokoju wprowadził mnie Jurek. Przy stole siedziała jego siostra i Stefan. Na stole stała herbata.

– No to mamy naszego bohatera – zażartował Stefan.

Byli wszyscy starsi ode mnie, ale uśmiechali się życzliwie. Przywitałem się z wszystkimi i z matką Jurka, która nie pytając niosła już dla mnie gorącą herbatę.

Przez półtorej godziny wałkowaliśmy ten jeden temat. Dowiedziałem się prawie wszystkiego  o Niemcach w Odlewni. Zarysowała się też koncepcja uzyskania kotłów w miarę bezpiecznie i spokojnie. Oczywiście najwięcej do powiedzenia miała pani Wanda – siostra Jurka.

– To ma ręce i nogi i chyba jest najprostsze. Akceptujesz?  –  zwrócił się do mnie Stefan. Czy musisz się porozumieć?

– Akceptuję – odpowiedziałem. Tę część zadania ja przygotuję i i za nią odpowiadam. A więc uzgadniajmy szczegóły.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, potem pożegnałem ich umawiając się na tę samą godzinę jutro i wyszedłem.

Sprawa była dość prosta. Dostaniemy wszystkie niezbędne papiery, przepustki, rachunki na wywóz dwóch kotłów jako zakupione w fabryce przez gospodarza rolnika dla potrzeb hodowli. To było praktykowane. Godzinę wjazdu do Odlewni pod magazyn ustaliliśmy na południe, jako, że Niemcy w tym czasie obiadowali w stołówce fabrycznej i nie kręcili się po terenie.

Kiedy zjawiłem się u „Ciotki” (znak był), wszyscy już byli i zasypali mnie pytaniami, co tak długo, gdzieś był i jak sprawa. Tylko Ciotka wyściskała mnie i wzięła w obronę.

– Poczekajcie, chyba jest głodny, trzeba dać mu jeść.

„Żaba” był w swoim żywiole. Lubił większe towarzystwo, opowiadał dowcipy. Nazywaliśmy go czasem małym Zagłobą.

Przy kolacji opowiedziałem jak wygląda nasza sprawa. Ogólnie nieźle – lepiej niż się spodziewałem – zakończyłem.

Tego samego zdania był „Straszny” i „Żaba”.

Co jutro? – zapytał „Straszny”.

Ty – zwróciłem się do niego – musisz załatwić konia i furę, tak aby pojutrze o ósmej rano, wóz stał obok „Ciotki” na placu. Ze słomą do wyścielenia i sznurami.

„Żaba” ma wolny dzień, niech przeczyści broń.

Ja o siedemnastej idę po odbiór papierów i może ostateczne instrukcje, ale przypuszczam, że niewiele powinno się zmienić. Przed południem obejrzę teren dokładnie, a szczególnie teren, z którego będzie nas ubezpieczał „Żaba”. Po południu sam sobie obejrzy to miejsce.

Tym zakończyliśmy nasze sprawy pierwszego dnia pobytu w mieście. Następny dzień nie był już tak ładny, ranek raczej zamglony, ale spokojny, prawie bezwietrzny. „Ciotka” szykowała śniadanie, wyganiając „Żabę” z kuchni, żeby nie przeszkadzał. „Straszny” wyszedł pierwszy.

Dawaj broń – rzekłem do „Żaby” – czyścimy.

Przyniósł trzy pistolety, dwie dziewiątki, jedna siódemka. Ta była jego.

– Zrobisz swoją i „Strasznego”, a ja swoją.

Wyciągnął pudełko z akcesoriami i wzięliśmy się do czyszczenia.  „Żaba” dostał siódemkę. Ja byłem twardy, kiedy magazynier  w Oddziale przydzielał nam broń.

– Dla mnie Petka.

– Ho, ho, ho, a innej nie weźmiesz?

Nie – odpowiedziałem twardo. Magazynier spojrzał na mnie.

– Wysoko mierzysz. To najlepszy pistolet na wyposażeniu armii niemieckiej.

 Wiem – rzekłem krótko. I wiem jak leży w ręku i jak strzela.

Wahał się, ale podał mi pistolet P-38 i dwa magazynki.

Byłeś w wojsku? – jeszcze zapytał.

Nie – rzekłem i wziąwszy pistolet zacząłem nim obracać sprawdzając po kolei stan pistoletu. Kiedy prawie w locie wkładałem magazynek, magazynier aż się cofnął.

Uważaj! – krzyknął.

– Na co mam uważać, on mnie słucha i musi słuchać.

– Dziwny z ciebie chłop, w wojsku nie był, a na broni się zna.

 A jak strzela – przerwałem. Zabrzmiało to dwuznacznie. Jeszcze raz spojrzał na mnie.

No dobra. Bierzcie swoje pukawki. Życzę wam żebyście wrócili cało i one też – wskazał na pistolety.

Nie wiedział, że przeszedłem szkolenie wojskowe w Szkole Technicznej w Radomiu. W tej szkole zaś w 1935 roku utworzono z jednego kursu mechanicznego kurs wojskowy, który ukończyłem z wynikiem dobrym.

W Fabryce Broni byłem dopuszczony do chodzenia na strzelnicę, gdzie można było postrzelać. Fabryka miała też muzeum broni, jaka tylko była używana i produkowana na świecie. A my praktycznie i teoretycznie zapoznawaliśmy się ze wszelkimi rodzajami pistoletów, karabinów, broni maszynowej. Dla nas trzynastki, zwanej „diabelskim tuzinem”, nie było większych tajemnic w tym zakresie.

No dobra, skończone, idę w teren, broń biorę. Za godzinę powinienem być – rzekłem do „Żaby”.

Dobra, uważaj – pożegnał mnie „Żaba”.

Wyszedłem na ulicę, prosto w kierunku Odlewni. Zbliżało się południe. Szedłem już wzdłuż ogrodzenia fabrycznego, odgradzającego teren fabryczny od ulicy. Było spokojnie, parę osób widziałem,  kiedy oglądałem się do tyłu. Również i przede mną na ulicy było dość pustawo. Dochodziłem do wylotu ulicy prostopadłej do tej, którą szedłem. Jeszcze mniej kręcących się ludzi. Niemców nigdzie ani śladu. Przeszedłem już około 30 metrów od wylotu tamtej ulicy, byłem niedaleko końca ogrodzenia fabrycznego.

Wtedy odwróciłem się i zaparło mi dech. Niemcy!  Z tej prostopadłej ulicy wychodził patrol trzech Niemców z zamiarem skrętu w moim kierunku. Jeszcze mnie nie widzieli. Odruchowo wsunąłem się we wnękę słupa ogrodzeniowego.  Kilkadziesiąt sekund, to wszystko – pomyślałem i wyciągnąłem pistolet, odbezpieczając go.

Trzech na jednego, szanse bardzo słabe. Jeden z Niemców miał pistolet maszynowy. Ten musi być pierwszy.

Nagle poczułem rękę na ramieniu, która energicznie wciągnęła mnie w głąb, do tyłu.

Szybko – dobiegł mnie kobiecy głos. Ścieżką do domu, tam proszę poczekać.

Usłyszałem za sobą lekki zgrzyt klucza i dopiero teraz domyśliłem się, że stałem we wnęce furtki i ta furtka była teraz zamykana. Usłyszałem kroki – proszę za mną.

Zostałem poprowadzony do pomieszczenia w domu drewnianym, starym, ale w dobrym stanie.

 – Proszę oddać broń i co jeszcze ma pan takiego. Teraz odwróciłem się i spojrzałem na moją wybawicielkę.  Szybko – nalegała. Dałem pistolet, zabezpieczając go oraz dołączyłem zapasowy magazynek.

Zaraz wracam – powiedziała. Proszę się nie bać.

Była ta starsza osoba, ubrana w strój zakonny. Wiedziałem, że przed wojną właściciel fabryki miał na terenie odgrodzonym ochronkę dla dzieci, którą właśnie prowadziły i opiekowały się siostry zakonne. Mieszkały one właśnie w tym drewnianym domku. Teraz ochronka nie była czynna, ale przełożona mogła być mieszkanką tego domu.  Wyglądała na przełożoną.

Usłyszałem kroki z drugiego pokoju. Wyszła z niego młoda dziewczyna. Poznałem ją. Byłą to jedna z trzech córek właściciela odlewni. Widywałem ją przed wojną.

Proszę siadać – zwróciła się do mnie. Musiała widzieć i słyszeć co działo się przed chwilą.

Przyszła też i przełożona ( tak będę ją nazywał).

Zrób herbatę. Pan musi dojść do siebie – uśmiechnęła się. Tu bezpiecznie. Niemcy nic nie zauważyli – dodała.

Niesamowity zbieg okoliczności. W telegraficznym skrócie odtwarzały się w moim mózgu kadry – Niemcy, których nie było przedtem, załomek murku, furtka, akurat ktoś tam był i widział sytuację, otwarcie furtki i wciągnięcie mnie do środka – to nieprawdopodobne – to musiał być mój dobry Anioł Stróż.

Ostatnie myśli bezwiednie odtworzyły się słowami – Tak, to pański dobry Anioł Stróż – powiedział przełożona. Byłem zaskoczony.

– Niech Pan się uspokoi i zmówi teraz ze mną modlitwę do Anioła Stróża.

Na stojąco zmówiliśmy modlitwę.

– Dziękuję pani.

Za chwilę była herbata. Uspokoiłem się nieco.

Jednej rzeczy jeszcze nie rozumiem – zwróciłem się do przełożonej. Skąd się wzięli Niemcy? Przecież patrzyłem w tę ulicę i była pusta.

 – A nie mogli wyjść z tej knajpki? Chociaż otwierana jest po południu to jednak    Niemcy ją znają i czasem przychodzą o tej właśnie porze, od tyłu, na sznapsa. A wejście jest właśnie około 25 metrów z tamtej ulicy – rozważała przełożona.

To prawdopodobne – rzekłem. Zapomniałem o tej knajpce, a przecież znałem właścicielkę.

Pójdę zobaczyć czy już bezpiecznie – podniosła się przełożona.

Po chwili wróciła. – Spokój, pójdę po broń.

Córka właściciela odlewni prawie milczała cały czas przyglądając się mi, teraz odezwała się – Niech pan uważa. Ja wiem, że walczycie z bronią w ręku z Niemcami, ale pan jest jeszcze młody.

Kiedy już miałem broń po sprawdzeniu za pasem, dodała – Niech pana Bóg prowadzi.

I pański dobry Anioł Stróż – dołożyła przełożona.

Po kilkunastu minutach byłem już u „Ciotki”. Byli wszyscy. Wszystko na razie było w porządku. O swoim przypadku nie wspomniałem. „Żabie” przekazałem dane o terenie. Zresztą znał go dobrze. Wspomniałem o knajpce i możliwości spotkania tam Niemców.

O 17-tej wyszedłem do Jurka. Wszystko było załatwione zgodnie z wczorajszymi ustaleniami. Nie powinno być kłopotów z odbiorem kotłów.

Pani Wanda o 12 –tej jutro wyjdzie na portiernię i będzie pilotowała „Strasznego” do magazynu. On będzie furmanką, ubrany z chłopska. Ja na portierni. Przepustkę odebrałem teraz. Rachunki i kwity „Straszny” otrzyma w magazynie. To było wszystko. Jeszcze tylko opisałem wygląd „Strasznego”. U „Ciotki” przekazałem wszystkie ustalenia i opisałem „Strasznemu” wygląd pani Wandy. Nie było mowy o pomyłce.

„Straszny” zaczął się szykować. Miał iść już dziś do młyna, tam przenocować, a jutro rano przed dziewiątą przyjechać furmanką. Tym zamknęliśmy dzień drugi zadania.

Następnego dnia jeszcze nie zdążyliśmy zjeść śniadania, kiedy „Straszny” się pokazał.  Wszystko w porządku – powiedział. Koń i furmanka u sąsiadki, prawdziwej ciotki naszej „Ciotki”.

Siadaj i jedz – zaprosiła „Ciotka”. To dzisiaj już wyjeżdżacie? Tak krótko byliście – żaliła się – nawet na obiedzie nie będziecie.

– Tak trzeba. Jeszcze zawitamy nie raz, jak Bóg da.

Wyczekaliśmy na rozmowie do określonego czasu i po pożegnaniu z „Ciotką”, pierwszy wyszedłem ze „Strasznym”. Szedłem na portiernię. „Straszny” miał podjechać pod bramę zaraz jak wejdę do środka. Tam była poczekalnia i ława dla klientów. „Żaba” już wtedy powinien  zająć punkt ubezpieczenia.

W portierni była już pani Wanda. Kiwnąłem lekko głową wskazując nadjeżdżającego  „Strasznego”. Wszystko odbywało się zgodnie z planem.

Kiedy furmanka wjechała na teren fabryczny usiadłem na ławie obok jakiejś gospodyni. Było parę osób czekających na załatwienie ich spraw. W pewnym momencie z placu fabrycznego wszedł na portiernię młody Niemiec z psem. Rozejrzał się i zbliżył do kantoru portiera.

Wszystko w porządku? – zapytał portiera. W porządku – odrzekł portier.

– Trzeba uważać. Podobno coraz więcej bandytów po lasach się włóczy.

Odwrócił się od kantorka i siadł na ławie obok kobiety, przy której siedziałem z drugiej strony. Mówił coś tam jeszcze na temat bandytów i na zakończenie dodał zwracając się do kobiety  –   Jakbym złapał partyzanta, to uwiązałbym go na łańcuchu zamiast tego psa.

Podniósł się, poprawił kaburę i wyszedł, chyba na obiad.

 Aleś głupi – pomyślałem zabezpieczając pistolet. W pewnej chwili odbezpieczyłem go nieznacznie. Ustaliłem wtedy kolejność. Najpierw pies, potem ty, Szwabie i tak byś miał partyzanta.

Do tego nie doszło. Pokazał się „Straszny” z kotłami. Wyjechał za bramę. Wyszedłem i ja. Spotkaliśmy się z „Żabą” i przez miasto, naszymi ulicami dojechaliśmy do szosy, a po chwili leśnymi duktami, szerokimi drogami podążaliśmy na zachód. Wieczorem byliśmy w Oddziale.

I tak zakończył się trzeci dzień zadania.

Może Ci się również spodoba

11 komentarzy

  1. Amero pisze:

    Witaj Ewa,

    Dreszczy człowiek dostaje czytając takie opowiadania. W stanie wojennym też nie jedno się przeżyło, jeszcze dostaje trzęsawki gdy widzę we wstecznym lusterku policyjny samochód. Tylko że oni ryzykowali życiem w każdej chwili. Prawdziwi bochaterowie, prawdziwi mężczyzni, często bardzo młodzi.
    Pozdrawiam

    Jerzy

  2. Trzmielka pisze:

    Wielkie dzięki, Ewo, za tę piękną opowieść partyzancką! Dla takich tekstów warto, żeby PT wciąż działał… Czy ta historia jest gdzieś opublikowana? Jeśli nie, to tym cenniejsza sprawa. I może warta kontynuacji?

    Mój Dziadek był szefem zaopatrzenia w oddziale Orlika…

    Serdeczności 🙂

  3. E.B pisze:

    Witaj, Trzmielko 🙂

    Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się, że spodobał Ci się ten tekst. Wahałam się, czy go umieścić. Na Salonie nie ma klimatu na takie teksty. Tam jest okropna atmosfera, ale tutaj może znajdzie czytelników i zrozumienie.

    To opowiadanie napisał mój Tata. Miał 7 takich przypadków, kiedy ratował Go z opresji Anioł Stróż, bo inaczej tego nie można nazwać. Trzykrotnie udało Mu się uciec Niemcom.
    Raz z pociągu, transportu do Oświęcimia. Wyskoczył pod osłoną nocy, ale miał pecha, bo trafił na policję kolejową, Bahnschutzów, którzy otworzyli do Niego ogień. Udało Mu się dobiec do lasu, zygzakami, jak mówił, żeby utrudnić trafienie. I dalej już Go nie ścigali.
    Za późno zaczął spisywać te wspomnienia dla nas i więcej już nie zdążył. Choroba Go zabrała nam, jak zwykle za wcześnie. Był żołnierzem „Szarego”. To był 3 Pułk Piechoty Legionów AK.

    Jak widzę jesteśmy tu następcami pokolenia AK, lub innych formacji walczących z Niemcami.
    Czy Orlik to był mjr Marian Bernaciak z 15 Pułku Piechoty „Wilków” ? Oni działali bardziej na wschodzie. Puławy?

    Pozdrawiam Cię serdecznie

    PS

    A nasi Autorzy śpią wakacyjnie. Może się obudzą ;)).

  4. E.B pisze:

    Witaj, Jerzy

    Nie będę powtarzać tego co napisałam do Trzmielki. To było też do Ciebie. To już odległe czasy, ale w nas wciąż są żywe, bo dotyczą naszych Bliskich.

    Oczywiście, że stan wojenny niósł też grozę, tym bardziej, że nie wiadomo było jak się to wszystko potoczy. Kolega, który siedział w więzieniu opowiadał mi, że spodziewali się najgorszego. Ale Polacy mają w sobie coś takiego bardzo dzielnego i powiedziałabym zuchwałego. Nie jest łatwo nad nami zapanować. Dzisiaj to też widać. Zaimponował mi ten 15-letni chłopiec w Płocku. Nie poradzą sobie z nami : )).

    Pozdrawiam Cię

  5. Amero pisze:

    Masz rację, nie poradzą. Własnie znalazłem na amerykańskim portalu
    https://bigleaguepolitics.com/watch-young-mans-defiant-stand-with-crucifix-against-lgbt-march-goes-viral/
    informacje o tym chłopcu w Płocku. Przekaz jest taki iż jest to znak dla Świata aby walczyć z wrogami naszej cywilizacji. Komentarze też sa bardzo przyjazne, nawet przedstawiające 15-to letniego Jakuba Baryłe jako bohatera i wzór do naśladowania nie tylko w Polsce.

    Tak, mamy w sobie coś, czego innym narodom brak, dzielności i fantazji. Jeśli trzeba to ryzykujemy dużo dla wspólnej sprawy.

    Mój tata też szybko odszedł od nas, miał 63 lata, stan wojenny go zabrał. Serce nie wytrzymało widoku czołgów na ulicach i mordu w Wujku. Bał się też o mnie bo wiedział, że zacząłem „robić” w konspiracji.
    Pozdrawiam
    Jerzy

  6. Tadeusz_K pisze:

    @E.B
    -Witaj.
    @Amero
    -Witaj.
    /
    Czytam Twoje @E.B i @Amero.
    Czytam również nowoczesnych postępowych faszystów/neomarksistów we wszystkich kolorach tęczy.
    Przykro patrzeć/słuchać/czytać jak polscy neomarksiści beszczeczą pamięć tych patriotów o których wspominacie.
    Gdyby jednemu z nich (tych łuczonych profesorów’ PANu) przyszło oddać życie za sprawę to zesr….ł by się ze strachu wcześniej niżby o tym pomyślał.
    -Obrzydliwość!.

  7. Amero pisze:

    Witaj Ewa.
    Dla Twojego Taty i mojego, ich ulubiona modlitwa:

  8. E.B pisze:

    Dzięki, Jerzy.

    A to jeszcze dla Nich i dla nas:

    .

  9. E.B pisze:

    A to, jak ktoś będzie miał ochotę sobie posłuchać. Polskie wojsko śpiewa. Mój ulubiony chór:

    .

  10. Amero pisze:

    Sierpień, Warszawiacy śpiewają (Nie) Zakazane Piosenki

  11. Anonim pisze:

    Coś mi wyszło nie tak, może teraz:

Dodaj komentarz:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Przejdź do paska narzędzi