Witryna Poetów nr 45

 

Moderator  Witryny wita Czytelników.

SZANOWNI,  MILI PAŃSTWO,

niechaj będzie mi wolno życzyć Wam wszystkim WSZYSTKIEGO najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności w tym Nowym Roku, który właśnie zaczął  się wraz z hukiem rac, petard, wszelkich fajerwerków,szumem wyrzutni – niczym okiem sięgnąć, jak Polska długa, szeroka i potencjalnie zasobna.

SURSUM CORDA, przezacni Czytacze załączonych niżej wersów.

Niech nam się spełni.  Pozdrowienia powszechne.

ALOHA !

 

 

 

LUDMIŁA  JANUSEWICZ  z Koszalina.  Poetka, mistrzyni żywego słowa.

 

 

OSKARŻAM  SŁOWA

 

 

 

gdy płyną z nas rzekami
napotykają milczący mur
niepoznania

Gdy są niezbędne
niemoc wyblakła je
przytłacza

Gdy czas się zatrzymuje
zastępują je gesty

Gdy chcemy ciszy
idą na nas szeregami obcych
niepotrzebnych zdań

 

 

 

KLEPSYDRA

 

 

 

Kolejna klepsydra w gazecie
Ktoś znowu odszedł
W tych kilku słowach
zmieścił się człowiek
ze swą miłością złością
radością i bólem
który żył jak potrafił

 

I tylko nielicznym
przyjdzie zostać na zawsze
w pamięci zbiorowej
w odchodzącym nieustannie
tłumie

 

 

 

CISZA

 

 

 

Cisza wtedy gdy

hałas fal wokół

a ty masz

w sobie

spokój

 

 

 

 

PRZESŁANIE DLA NADWRAŻLIWYCH

Prof . Kazimierz  Dąbrowski *

 

 

„Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność – wśród jego zwierzęcej pewności
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych
zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością,
która nie ma dna
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego
nawet brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich
widzicie
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność
obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego
za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie
do tego co być powinno
za to co nieskończone – nieznane – niewypowiedziane
ukryte w was

Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłości i lęk, że miłość
mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni
Za wasze uzdolnienia – nigdy nie wykorzystane –
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować,
że jesteście niszczeni – zamiast leczyć chory świat
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
za niezwykłość i s a m o t n o ś ć waszych dróg
Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi…”

 

*Kazimierz Dąbrowski (ur. 1 września 1902 w Klarowie, zm. 26 listopada 1980 w Warszawie) – polski psycholog klinicznypsychiatrafilozof oraz pedagog.

 

 

DOROTA  BRYLSKA

 

 

 

GOŁĘBIE

 

 

 

 

Podniebni akrobaci.
tną ciężkie powietrze
girlandą srebrnych skrzydeł.
Latawce perliste, frywolne.

Raz wśród chmur mkną,
raz z gracją spadają
szeleszczącą lawiną.

Patrzysz na nie
przez szpitalne okno
i więcej nie oczekujesz.
Jednego tylko…

być wolnym gołębiem.

 

(wiersz z nowego tomiku „Życie odmienione przez przypadki”)

 

 

 

Zdjęcie użytkownika Poezja na każdy dzień.
DOROTA  BRYLSKA

ZAPACH JAŚMINU

 

 

 

 

Zapatrzeni gdzieś przed siebie
tak zwyczajni, głodni uczuć.
Szara ławka tam na dworcu.
I ta cisza… głucha w sercu.
Zawieszeni tak po prostu
tuż nad ziemią, gdzieś nad wszystkim.
Jaśminowej woń nadziei
i nade mną i nad Tobą.

Słodka chwilo czymże jesteś…
czymże jesteś dla wieczności.
Marna chwilo czymże jesteś…
dla człowieka w samotności.

Gong szydercy nie był straszny
on zatrzymał szorstki oddech.
Spadły maski z szarych twarzy.
Drogowskazy dłoni naszych
na dwóch krańcach połączone.
Byłam ja, ty byłeś ze mną.
Księżyc z gwiazd korony wieńczył.
W sen utulił te płochliwe
i prowadził nas przed siebie.

Słodka chwilo czymże jesteś…
czymże jesteś dla wieczności
Marna chwilo czymże jesteś…
dla człowieka w samotności.

Pieszczotliwie tkałeś wstęgi
nocną ciszą roziskrzone.
Gdzieś w kąciku płomień świecy
tańczył… i coś szeptał do mnie.
Coś ruszyło w mgnieniu oka
z pędem jak te dzikie konie.
Coś, zadrżało w jednej chwili
coś, odeszło razem z Tobą.

Słodka chwilo czymże jesteś…
czymże jesteś dla wieczności.
Marna chwilo czymże jesteś…
dla człowieka w samotności.

Czas szyderca nie wymaże,
nie zabije moich wspomnień.
Nadal pachnie jaśmin w koło
tą miłością niepokorną…
Jesień liśćmi ściele stopy.
Z dala patrzę w puste okno.
Słychać szelest ludzkiej mowy
już nie słyszę twoich kroków.
Byłam ja, nie było Ciebie
tylko Bóg znał nasze drogi.
Coraz dalsi, bardziej obcy
już nie dało się nic zrobić…

Słodka chwilo czymże jesteś…
czymże jesteś dla wieczności.
Marna chwilo czymże jesteś…
Uderzyłaś w gong nicości.

 

(wiersz z nowego tomiku „Życie odmienione przez przypadki”)
Fot. Art-graphik

 

 

 

 

ADAM  KADMON  –  ŚRODKOWOPOMORSKIE –  z okolic Szczecinka                                                                                        (  Nowoszczecina)

 

 

 

Z TOMU  V-GO    ( ZAPIS LEGENDY)

 

 

 

 

Droga do marzeń to nie autostrada.

Tu nie istnieją znakomite przypadki,

potwierdzające wydumane reguły.

Wie o tym bywalec wieży zmysłów,

podróżnik.

Wie o tym także każdy,

któremu z należną atencją zdarzy się

w ten tekst, kolokwialnie mówiąc

wejść i powrócić bezpiecznie,

otoczony nimbem wyzwolonych

zmysłów.

O tym racz jeszcze pamiętać Janie Hermanie*

o tym pamiętaj, gdy będzie ci bywać

w bezpiecznych stronach twojej

prawej nostalgii.

 

 

 

*Jan Herman,publicysta,znany bloger, filozof ekonomii.

 

 

 

* * * * * *

 

 

Jantar, zwany elektronem, bursztynem,

bernsteinem to czysta alchemia.

Urokowi jego podległe są istoty słoneczne,

idealiści, mistycy i ja go pochwalam…

Odwrotnie, niż kobiety z mroku.

Jantar objawieniem, gdy występuje w otulinie

srebrnej, jasnej, bez patyny.

Pamiętam o tobie, z ziemi Wenedów

inkluzjo, ze stron pobratymców – Słowińców też.

Jest  ziemia w moim najbliższym

pobliżu.

W niej poszukuję naturalnej bliskości,

związku.

 

 

 

* * * * * *

 

 

 

Nie tak miało być,

a było.

Świt, rozkwit, zmierzch.

Pointa. Milczenie.

Można marzyć – a co ci zostało,

nim zatrzasną za tobą

pokrywę dębową,

mech skryje opowieści z krypty.

Nie wszystek umrzesz ?

Tu nie ma gwarancji.

Przyszłość BEZIMIENNA w imiona.

Przyszłość to ostatni drink

na zgodę z sobą.

 

 

 

 

 

W STRONĘ JESIENI  POETÓW

 

 

 

 

To już październik ?

I lata nie było między osobami dramatu, które dużo mówią,

by mało powiedzieć.

Fantomie pozostań gdzie jesteś,

nie odwracaj spojrzenia, zwłaszcza wewnętrznego;

fantomie zaczekaj, wróć.

Nie zdarzyło się nic szczególnego,  ach zupełnie nic.

Czy powtarzać tę mantrę, jeśli zaczęto od punktu

„a”,ciągnąć do plus minus – zawias.

Po  czasie,niestety.

Poeta cierpi na wewnętrzną pamięć lecz gubi go

siła takiej pamięci.

Stąd jakaż konwersja* środkowego

ucha, w naturalnej przemianie wewnętrznego oka.

Na czworo włosa nie wypada dzielić;

świat niczemu nie winien, że jesteś

wydumaną przyczyną. Wydmuszką, pozorem,

niczego utratą.

Zmierzcha się wyjątkowo natrętnie.

 

Są fakty i niezrozumiały ciąg do końca post-wydarzeń.

 

Oto Jesień Poetów:  rozdział nie jedyny,

acz pierwszy zupełnie jak mniemać należy,

pozornie niepotrzebny.

Miał być pełen zadumy tekst późną jesienią

– przecież wyszło jak zwykle.

Banał z domieszką soku bielunia na lada popitkę

Są cyfry, z nich liczby,  a z tych liczby pierwsze.

Boże pomiłuj.

 

 

*Tu : gwałtowna przemiana, przemieszczenie znaczeń.

 

 

 

STROF , JAK ZAWSZE – KRAKOWSKI. TYLE WIEM O NIM.

 

 

KRONIKI

 

 

 

 

 

Myśl o mnie; jeszcze dziś, gdy oto
zanika sen i ze szlachetną prostotą
wciąż żyją rzeźby chmur, a na dachach
błysk deszczu mówi, że w pewnych
sytuacjach jesteśmy bardziej samotni
we dwoje niżby mogło to wynikać
z jakiejś – jeśli taka w tej materii
istnieje – arytmetyki.
Można mówić jedynie: „wspomnij
na to co było”. Mówić, mówić…
Posłusznie w dzień wchodzić i nasiąkać
zwykłością, jak płótno. Myśleć,
że jeszcze istnieje prawo powtórzeń
lub/i prawo do obłąkań.
Ponieważ darmo czekać na idealną próżnię,
już lepiej zapełniać ją czym się da, a raczej
czym pozwolą – zatem
nie sobą czy innym z bliskich tylko nam znaczeń
spisanych na bardziej lub mniej namacalne straty,
ale widokiem, pejzażem.
Gdy przerywasz pisanie – to znaczy:

robisz wyrwę w tym,
co mogę sobie przedstawić –
zapamiętuję cię, stwarzając, siedzącą

przy oknie.
I także to, jak ten czy inny rachunek,
opłaca się zawsze tak bardzo samotnie,
że nawet deszcz, jego twardy blask, nie zdoła tego unieść.

 

 

 

Kroniki II

 

 

 

Tu wszystko poukładane: deszcz i zaraz po nim
wybuch słońca, które swą historię pisze
na skórze ziemi spalonej.
Pył jak pot jest słony,
gdy osiada w zagłębieniach napiętych
warstw. W tej czy innej Koronie
ta sama dłoń prowadzi pióro kronikarza,
który zawsze, jak my, jest jedynie
łowcą zasłyszeń. A co się dzieje popod!
Gdyby tam sięgnąć,
gdyby się udało… Uwierzyć na powrót…
Ale zbytnią wagę przydając powrotom,
marzniemy. Oto bowiem
nieuleczalność czasu, jego szklisty

korowód,
przetacza się i niknie.
Zieleń na żyznej nizinie
jako jedyny powód
uporczywych wędrówek –
to jednak za mało.
Wszystko poukładane.

Wieści, tajemnice, słoneczna
biel. I my w tym porządku. Rozgarniający

ziemię, to, co poukładane:
wchodzący w głąb plam deszczu,

w miękkość słońca w trawach,
niepokojący się, tak bardzo niepewni
kształtów naszych

kronik ostatecznych, jasnych.

 

 

 

 

NA  DESER

 

 

LEONARD  COHEN

 

 

ur. 1934 w Montrealu, zm. w 2016 w Los Angeles

 

Żyd , Wieczny Tułacz.  Pochodzenia litewsko-polskiego. Bard, poeta, smakosz prawie wszystkich sortymentów życia. Niezwykle popularny w Polsce.  Artysta niepowszedni.

 

 

 

Opowieść

 

tłumaczenie Maciej Karpiński i Maciej Zembaty

 

 

 

 

Opowiada mi, że jej dom zbudowało dziecko
w pewne wiosenne popołudnie,
tylko że potem zginęło
przechodząc przez ulicę

Mówi, że czytała w gazecie,
że na rogu takiej i takiej alei
samochód przejechał dziecko

Oczywiście ja jej nie wierzę.
Ona sama zbudowała ten dom,
zawiesiła w drzwiach pomarańcze

i kolorowe paciorki,
na ścianach namalowała kwiaty.
Zrobiła papierowe wiatraczki,

żeby wibrowały na wietrze,
nazbierała dziwacznych kamieni,

żeby rzucały cienie w słońcu,
przyczepiła jasne i ciemne baloniki pod sufitem

Zawsze kiedy ją odwiedzam,
powtarza tę opowieść o dziecku.
Nigdy jej o nic nie pytam. To ważne,
rozumieć czyjś udział w legendzie.

Zajmuję swoje miejsce
wśród papierowych rybek i fałszywych zegarów,
rozpoznaję namalowane przez nią kwiaty,
uśmiecham się, gdy rzeźbi moją głowę

na glinianych medalionach
i darzę ją czymś w rodzaju uprzejmej miłości,
gdy ona kontempluje własną śmierć

w wypadku ulicznym.

 

 

 

Wiersz

 

 

 

tłumaczenie Maciej Zembaty

 

 

 

 

 

 

Słyszałem o mężczyźnie
który słowa wymawia tak pięknie
że może mieć każdą kobietę
ledwie tylko wypowie jej imię

Jeżeli milczę obok twego ciała
i cisza kwitnie na ustach jak obrzęk
to dlatego że słyszę jego kroki
i chrząkanie pod naszymi drzwiami

 

 

 

 

Piosenka

 

 

 

tłumaczenie Maciej Zembaty

 

 

 

 

 

Kochanek mój Peterson
Nazywał mnie Złotoustą
Zmieniałam go w jaskółkę
Odleciał na południe

Fryderyk o mych piersiach
Sonety wciąż układał
Zmieniłam go w rumaka
Na zachód pognał zaraz

Kochanek mój Lewita
Goryczą nazwał mnie
Zmieniłam go więc w węża
Na wschód poczołgał się

Nie pomnę już kochanka
Co śmierci dał na imię
Zmieniłam go w węgorza
Do dziś na północ płynie

Kochanek moich marzeń
Imienia nie ma jeszcze
Zagnieżdżę mu się w futrze
I nigdy go nie przeklnę

 

 

 

 

Miejski Chrystus

 

 

 

tłumaczenie Maciej Zembaty

 

 

 

 

 

 

Powracał z niezliczonych wojen
Ślepy i beznadziejnie chory
W huku porannych samochodów
Odlicza wieki w swym pokoju

Jest dla nich jakby dworskim Żydem
Doradcą od klęsk huraganów
Nie chodzi z nimi już po morzu
I nawet nie gra z nimi w klasy

 

 

 

 

List

 

 

tłumaczenie Maciej Karpiński

 

 

 

 

To jak zamordowałeś swoją rodzinę
nic mnie nie obchodzi
póki twój język wędruje po moim ciele

Znam twoje sny
o walących się miastach i galopujących koniach
o słońcu świecącym zbyt blisko
i nigdy nie kończącej się nocy

Ale nic mnie nie obchodzi
poza twoim ciałem

Wiem że wokół szaleje wojna
i ty wydajesz rozkazy
że niemowlęta są duszone a generałowie ścinani
ale krew nic mnie nie obchodzi
jeśli nie niepokoi twego ciała

Smak krwi na twoim języku
nie dziwi mnie
póki moja dłoń błądzi w twoich włosach

Nie myśl że nie rozumiem
Co się stanie
Gdy oddziały zostaną rozgromione
a nierządnice wbite w miecze

Piszę to wszystko po to aby pozbawić cię złudzeń
Kiedy pewnego pięknego poranka moja głowa
zawiśnie ociekając krwią między głowami innych generałów
u wrót twego domu
To wszystko było przewidziane
i teraz wiesz że nic mnie nie obchodziło

 

 

 

 

Ostrzeżenie

 

 

 

tłumaczenie Maciej Karpiński

 

 

 

 

 

 

Jeśli twój sąsiad zniknie nagle
O jeśli twój sąsiad zniknie
Człowiek który kosił trawnik
Opalająca się dziewczyna

Nie mów tego swojej żonie
Przy obiedzie nie wspominaj
O tym który kosił trawnik
Cokolwiek się nie zdarzyło

Nie mów tego swojej córce
W drodze do domu z kościoła
Ciekawe co z tą dziewczyną
Miesiąc już jej nie widziałem

A jeśli syn ci powie
Tu obok nikt nie mieszka
Musieli wynieść się wszyscy
Każ mu iść spać bez kolacji

Bo to może być zaraźliwe o tak
Gdy któregoś dnia wrócisz do domu
Twoja żona twój syn twoja córka
Znikną – wezmą od tamtych pomysł

You may also like...

Dodaj komentarz

Przejdź do paska narzędzi