Młodzieńcze lata (8) – wizytacja

W poprzednim odcinku opisałem lekcję biologii u pani profesor Jelińskiej. Była jednym z wielu świetnych pedagogów, których z przyjemnością wspominam, którzy lubili swoją pracę i jeszcze do tego nas lubili, choć czasami musiało to być dla nich dużym wyzwaniem.

Żeby cały ten szkolny biznes dobrze się kręcił musi być odpowiedni dyrektor i tak też było. Na czele XXXVII LO stała pani Regina Gromelska. Jej nazwisko było adekwatne do jej charakteru, a zwłaszcza głosu. Jak się wydarła na jakiegoś niesfornego ucznia na parterze, to po przekątnej na trzecim piętrze było wiadomo, że kolega coś przeskrobał. Jak szła po korytarzu, to nikt nie siedział na parapecie, a jak siedział to szybko schodził, gra w kapcia też nie wchodziła w rachubę. Respekt budziła nie tylko swoim donośnym głosem i stanowczością. Była po pierwsze wymagająca i sprawiedliwa, a tuż przed maturami traktowała nas jak dorosłych ludzi pozwalając na przykład samemu sobie wypisywać usprawiedliwienia nieobecności. O dziwo chyba nikt nie nadużywał jej zaufania.

Pani dyrektor od czasu do czasu miała w zwyczaju wizytować lekcje. Polegało to na tym, że po prostu siadała w ostatnim rzędzie i obserwowała zajęcia. Nic nie mówiła, nic nie notowała, zachowywała się jakby jej nie było. I właśnie podczas takiej niezapowiedzianej wizytacji miało miejsce ciekawe zdarzenie.

Po lekcji WFu był rosyjski z prof. Buszko. Męska część klasy mocno zziajana – bo graliśmy w gałę – zdążyła tuż przed dzwonkiem grzecznie zająć miejsca. Obecność dyrki lekko nas zestresowała. Bodzio – najlepszy zawodnik, fan piłki nożnej – nie wyrobił się na czas i w getrach, trampkach z wielką torbą treningową wparował spóźniony do klasy. Grzecznie przeprosił nauczycielkę i szybko zajął swoje miejsce. Nie zauważył pani Gromelskiej. Lekcja się zaczyna, pani Buszko coś tam zapisuje na tablicy, a Bodzio w tym czasie zdjął getry i ochraniacze, wsadził je do torby i wyjął z niej Przegląd Sportowy, i zaczął szeptem komentować do kolegi obok jakiś artykuł. Sprawa dotyczyła Kazika Deyny, Nowaka i polityki kadrowej w Legii. Sytuacja stała się mocno niezręczna, a wręcz bardzo napięta. Bodzio był dobry z ruska, więc nie stresował się lekcją, nie widział dyrektorki, był wyluzowany a koledzy obok wprost przeciwnie. Natomiast pani Gromelska w ogóle nie reagowała, niemo uczestniczyła w zdarzeniu. Atmosfera w końcu sali przypominała pole minowe po którym przemieszcza się jakiś wesołek, a świadkowie wiedzą, że zmierza prosto na minę i nic nie mogą zrobić. W pewnym momencie, gdy Bodzio przestał szeptem komentować tekst z gazety i ze skupieniem zaczął analizować tabelę I ligi, pani Gromelska cicho spytała kolegę, który siedział bezpośrednio przed nią:

– a co ten uczeń czyta?

– Przegląd Sportowy – padła drżącym głosem odpowiedź

– aha

i to wszystko.

Dzwonek, profesor Buszko zadowolona, z poczuciem dobrze wykonanego zadania, kończy zajęcia. Wszyscy pakują zeszyty, książki i zbierają się do wyjścia na przerwę, pani dyrektor również wstaje, Bodzio też wstaje, pakuje swoje manatki i wówczas jego wzrok spotyka wzrok dyrektorki … . Tak bladego Bodzia wcześniej i później nie widziałem.

Przed następną lekcją rosyjskiego była godzina wychowawcza na której padła sprawa wizytacji na rosyjskim. Bodzio sam z siebie złożył samokrytykę. Wspólnie uradziliśmy, że kupi kwiatki i da pani Buszko, jako drobne zadośćuczynienie za to co musiała wysłuchać od dyrektorki.

You may also like...

5 komentarzy

  1. E.B napisał(a):

    Piko.

    To były „bezgrzeszne lata”. Fajnie się wspomina. Ja z lekcji rosyjskiego pamiętam jedną. Niezbyt lubiłyśmy nową nauczycielkę od rosyjskiego i postanowiłyśmy zwiać z lekcji, przez płot, do sąsiadującego z nami kościoła, na następną po niej lekcję religii. Ksiądz katecheta był trochę przerażony, bo wiadomo, nie dość, że zwiały to jeszcze z rosyjskiego.
    Co się potem działo, to strach pomyśleć. Skończyło się i tak dobrze, bo tylko obniżonym sprawowaniem z zachowania na koniec roku. To była trzecia klasa liceum, same dziewczyny, ale żadna nie pękła.
    Mimo wszystko wspominam to z rozrzewnieniem :)).

  2. piko napisał(a):

    Żeńskie liceum, piękna sprawa. Biedny ten ksiądz 🙂

  3. E.B napisał(a):

    To było liceum koedukacyjne, z jedną klasą żeńską. Ksiądz rzeczywiście miał z nami „urwanie kapelusza”, ale był bardzo do nas cierpliwy i lubiłyśmy go.
    Wszystkie dziewczyny uczyły się dobrze, więc miałyśmy zawsze jakieś asy w rękawie
    :)). Ale lata były „zielone” :)).

  4. Włóczęga napisał(a):

    Schodzimy z kolegą Markiem po schodach,przez całe zejście z piętra na parter wystukujemy na głowach idących przed nami rytm „raz dwa trzy,kazaczok.Na dole okazuje się że bębenkiem kolegi Marka była głowa profesora od elektroniki i jednocześnie mojego opiekuna od olimpiady.I chyba to uratowało nam tyłki,skończyło się na pogrożeniu palcem i słynnym „nu ,nu chłopcy”

  5. piko napisał(a):

    Dobre 🙂

    Nasz fizyk pan Kozłowski do kolegi który był „humanistyczny” – „Janowski ty głąbie, nie przeszkadzaj innym. Jak teraz wyjdziesz z klasy to masz tróję na koniec roku.” Było to w czwartej klasie gdzieś tak w marcu.

    Następne będzie opowiadanko o zastępstwie.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Przejdź do paska narzędzi