Cielęce lata (6) – przełom

Na zakończenie starego cyklu a przed otworzeniem nowego przedstawię historyjkę sportową. Cielęce lata (1) zaczynały się od gry w kapsle, czyli jakby dziś powiedzieć w wirtualny wyścig kolarski. Nie było komputerów więc grę sami sobie projektowaliśmy – ekranem był chodnik lub wydeptany trawnik, kolarzami kapsle, dżojstikiem palce, wszyscy gracze byli prawdziwi. Kapsle kapslami, ale w realu były również wyścigi i taki jeden opiszę.

Jako 14. letni młodzieńcy w wolnych chwilach mogliśmy jeździć swobodnie, w zasadzie po całej Warszawie. Najczęściej były to trasy wzdłuż Wisły – na północ do Lasku Bielańskiego i Młocin lub na południe do wodociągów lub nawet dalej, aż za Siekierki. Kiedyś w czasie trwania Wyścigu Pokoju z Mikołajem postanowiliśmy się pościgać. Miejsce było oczywiste – Stadion X-lecia. Nie uruchomiono Jarmarku Europa (bo my wówczas jeszcze w Azji byliśmy) więc korona była dostępna. Pozostała część Stadionu oczywiście zamknięta na kłódkę. Sprzęt mieliśmy nie wystandaryzowany – ja miałem jakąś czeską młodzieżówkę z hamulcem w pedałach (tzw. torpedo) a Mikołaj coś lepszego – jakąś kolarkę z hamulcami klasycznymi (na kierownicy).

Dystans jedno okrążenie, start i metę w tym samym miejscu zaznaczyliśmy linią narysowaną kawałkiem cegłówki. Szliśmy jak burza – niestety Mikołaj wygrał. Po chwili odpoczynku uzgodniliśmy, że musi być rewanż a ja jeszcze wpadłem na świetny pomysł, że powinniśmy zamienić się rowerami, żeby wyrównać szansę, żeby było uczciwie. Niestety Mikołaj się zgodził.

Zasuwamy jak się patrzy, zbliżamy się do mety na pełnym gazie, koło w koło, pedał w pedał … . Nie pamiętam kto wygrał, pamiętam zupełnie co innego – wielką kraksę. Po przejechaniu mety zacząłem hamować kręcąc pedałami do tyłu a Mikołaj ściskając mocniej kierownicę na której nie było hamulców. Wpadliśmy na siebie a potem na murek, który okalał koronę Stadionu. Poobcierani sakramencko z uszkodzonymi rowerami na piechotę przez most Poniatowskiego dotarliśmy do domu.

Jaki z historyjki morał?

Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, nie wszystko da się przewidzieć a zabawy w wirtualu są bezpieczniejsze ale nudne i mało rozwijające.

You may also like...

13 komentarzy

  1. cisza1 napisał(a):

    @ piko
    Fajna notka.
    Tak to jest, gdy hamulce są nie tam gdzie powinny:)
    A’propos wirtualu w ogóle nie wiadomo, gdzie jest choćby ręczny.
    Można się poobijać i to wcale nie wirtualnie :)))
    Zastanawiam się, jak nazwiesz następne lata, po „cielęcych”.
    Pozdrawiam.
    Ja wyhamuję niebawem a teraz skrobnę jeszcze jedną notkę.

  2. piko napisał(a):

    @cisza1

    Ano trzeba mieć hamulce i do tego w odpowiednim miejscu 🙂

    Następne lata będą młodzieńcze. Miałem już w tej notce coś skrobnąć w tym temacie ale wątek rowerowy stanowił jak mi się wydaje zamkniętą całość.

    Teraz wyhamujesz ale potem jak się rozpędzisz to się nad Atlantykiem w Portugalii zatrzymasz 🙂

  3. Amero napisał(a):

    Witaj Piko
    Ja pamiętam, chyba ta gra nazywała się cymbergaj, odbijało się monetę, zazwyczaj „rybaka”, 5 zł od cegły w murze i jak upadła na inną monetę to obie były moje. Oczywiście doświadczony gracz znał się na cegłach i wiedział która jak „odbija”
    No i gra w tzw. palanta, coś jak amerykański baseball. Nie wiem jak to przyszło z Ameryki, ale już w końcu lat 50-tych żeśmy w to grali.

    Pozdrawiam.

  4. piko napisał(a):

    Witaj

    Grałem w cymbergaja który wiki tak opisuje:

    Cymbergaj grzebieniowy

    Jest on równorzędną odmianą tej gry. Do gry także używa się trzech monet, jednak dwie z nich są stosowanie jako zawodnicy, a trzecia, znacznie mniejsza jako Piłka. Gra toczy się na boisku z zaznaczonym środkiem, polem karnym i bramkami jej celem jest strzelenie jak największej ilości goli przeciwnikowi, używając grzebieni do uderzania zawodników, tak by przesuwać nimi piłkę w kierunku bramki przeciwnika.

    Ogólne zasady gry są przeniesione z piłki nożnej, z zachowaniem rzutów karnych, fauli, rzutów wolnych, rożnych etc.

    Palant i gra z rzucaniem monetami to nie za mojej kadencji.

  5. cisza1 napisał(a):

    @piko
    to się nad Atlantykiem w Portugalii zatrzymasz 🙂

    Jesteśmy umówieni? Te fale w Nazare czekają ….
    Dziękuję Przyjacielu 🙂

  6. piko napisał(a):

    🙂

  7. Włóczęga napisał(a):

    Nasz wyścig pokoju:polna droga,Hanusiki,Szozdy,Szurkowskie,”pedał przy pedale”,głowy na kierownicy,kupka piachu(a w kupce kamień,oj „biedny” później był ten co podłożył) na moim torze jazdy i w następnej chwili:cała galaktyka(jak nos to wytrzymał tego nie wiem do dziś,nie uronił nawet kropli krwi)

  8. Trzmielka napisał(a):

    Ja też miałam czeską młodzieżówkę z hamulcami w pedałach! Niebieską. I do dziś, jak się zapomnę, próbuję hamować pedałami.

  9. piko napisał(a):

    @trzmielka

    Ja miałem czerwoną. Wolałbym niebieską ale wówczas cieszyłem się że mam taką.

    Do hamowania rencamy już się przyzwyczaiłem bo kolejnym rowerem był wspaniały bicykl z napisem Universal. To był jakiś krajowy odrzut z eksportu.

    Rower był piękny, bordowy metalik, hamulce jak się patrzy i miał trzybiegową przerzutkę Shimano w tylnej piaście.

    Ponieważ był odrzutkiem miał kilka wad jak np. lekko mimośrodowo osadzoną „patelnię” i krzywy widelec. Dało się z tym żyć, było wspaniale.

  10. lordJim napisał(a):

    U mnie na podwórku panowały Recordy (chyba dwa), jeden Albatros, kilka „młodzieżowek”,
    składaki ( w tym jeden Pelikan) i dwa Waganty-zielony se srebrnymi błotnikami mój i drugi pomarańczowy. Przedni hamulec był tak silny, że jak raz musiałem ostro zahamować na dwa hamule, to znalazłem się przed rowerem a rower na mnie 😀 😀 Na szczęście tylko kilka siniaków i obdarć 🙂
    Podczas któregoś z etapów Wyścigu Pokoju, zostawiłem Waganta pod sklepem i jak wyszedłem z zakupioną oranżadą dla mnie i „granatami” dla starszego, rowerka już nie było. Po dwóch tygodniach „wypłakałem” od starszych drugiego Waganta, który już kosztował prawie dwa ray więcej, niż ten pierwszy, którym się nacieszyłem jakiś rok 😀

  11. Trzmielka napisał(a):

    @piko

    Dzięki tej czeskiej młodzieżowce wygrywałam wyścigi z czterema braćmi – moimi kumplami, którzy mieli gorsze rowery. Na dodatek jeden z nich później został profesorem na AWF, a drugi – dyrektorem filharmonii…

    Szkoda, ze nie wrócą te piękne czasy (piękne mimo PRL-u).

  12. piko napisał(a):

    @lordJim

    Kolega miał kolarkę „Kobuza”. To było coś.

    Mój Uniwersal też miał srebrne błotniki i nawet mu się nie telepały. Miał też bagażnik, osłonę na łańcuch dynamko, lampkę z przodu i tyłu i w porównaniu z czeską młodzierzówką był strasznie ciężki. Dynamka nie używałem bo rzęziło i miało duże opory ruchu.

  13. piko napisał(a):

    @trzmielka

    Jak widać można mieć kiepskie wyniki w jeździe na rowerze i zostać profesorem lub dyrektorem. Ja tak sobie jeździłem i nie jestem ani profesorem ani dyrektorem. Jestem prezesem 🙂 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Przejdź do paska narzędzi