Cielęce lata (6) – przełom

You may also like...

13 komentarzy

  1. cisza1 napisał(a):

    @ piko
    Fajna notka.
    Tak to jest, gdy hamulce są nie tam gdzie powinny:)
    A’propos wirtualu w ogóle nie wiadomo, gdzie jest choćby ręczny.
    Można się poobijać i to wcale nie wirtualnie :)))
    Zastanawiam się, jak nazwiesz następne lata, po „cielęcych”.
    Pozdrawiam.
    Ja wyhamuję niebawem a teraz skrobnę jeszcze jedną notkę.

  2. piko napisał(a):

    @cisza1

    Ano trzeba mieć hamulce i do tego w odpowiednim miejscu 🙂

    Następne lata będą młodzieńcze. Miałem już w tej notce coś skrobnąć w tym temacie ale wątek rowerowy stanowił jak mi się wydaje zamkniętą całość.

    Teraz wyhamujesz ale potem jak się rozpędzisz to się nad Atlantykiem w Portugalii zatrzymasz 🙂

  3. Amero napisał(a):

    Witaj Piko
    Ja pamiętam, chyba ta gra nazywała się cymbergaj, odbijało się monetę, zazwyczaj „rybaka”, 5 zł od cegły w murze i jak upadła na inną monetę to obie były moje. Oczywiście doświadczony gracz znał się na cegłach i wiedział która jak „odbija”
    No i gra w tzw. palanta, coś jak amerykański baseball. Nie wiem jak to przyszło z Ameryki, ale już w końcu lat 50-tych żeśmy w to grali.

    Pozdrawiam.

  4. piko napisał(a):

    Witaj

    Grałem w cymbergaja który wiki tak opisuje:

    Cymbergaj grzebieniowy

    Jest on równorzędną odmianą tej gry. Do gry także używa się trzech monet, jednak dwie z nich są stosowanie jako zawodnicy, a trzecia, znacznie mniejsza jako Piłka. Gra toczy się na boisku z zaznaczonym środkiem, polem karnym i bramkami jej celem jest strzelenie jak największej ilości goli przeciwnikowi, używając grzebieni do uderzania zawodników, tak by przesuwać nimi piłkę w kierunku bramki przeciwnika.

    Ogólne zasady gry są przeniesione z piłki nożnej, z zachowaniem rzutów karnych, fauli, rzutów wolnych, rożnych etc.

    Palant i gra z rzucaniem monetami to nie za mojej kadencji.

  5. cisza1 napisał(a):

    @piko
    to się nad Atlantykiem w Portugalii zatrzymasz 🙂

    Jesteśmy umówieni? Te fale w Nazare czekają ….
    Dziękuję Przyjacielu 🙂

  6. piko napisał(a):

    🙂

  7. Włóczęga napisał(a):

    Nasz wyścig pokoju:polna droga,Hanusiki,Szozdy,Szurkowskie,”pedał przy pedale”,głowy na kierownicy,kupka piachu(a w kupce kamień,oj „biedny” później był ten co podłożył) na moim torze jazdy i w następnej chwili:cała galaktyka(jak nos to wytrzymał tego nie wiem do dziś,nie uronił nawet kropli krwi)

  8. Trzmielka napisał(a):

    Ja też miałam czeską młodzieżówkę z hamulcami w pedałach! Niebieską. I do dziś, jak się zapomnę, próbuję hamować pedałami.

  9. piko napisał(a):

    @trzmielka

    Ja miałem czerwoną. Wolałbym niebieską ale wówczas cieszyłem się że mam taką.

    Do hamowania rencamy już się przyzwyczaiłem bo kolejnym rowerem był wspaniały bicykl z napisem Universal. To był jakiś krajowy odrzut z eksportu.

    Rower był piękny, bordowy metalik, hamulce jak się patrzy i miał trzybiegową przerzutkę Shimano w tylnej piaście.

    Ponieważ był odrzutkiem miał kilka wad jak np. lekko mimośrodowo osadzoną „patelnię” i krzywy widelec. Dało się z tym żyć, było wspaniale.

  10. lordJim napisał(a):

    U mnie na podwórku panowały Recordy (chyba dwa), jeden Albatros, kilka „młodzieżowek”,
    składaki ( w tym jeden Pelikan) i dwa Waganty-zielony se srebrnymi błotnikami mój i drugi pomarańczowy. Przedni hamulec był tak silny, że jak raz musiałem ostro zahamować na dwa hamule, to znalazłem się przed rowerem a rower na mnie 😀 😀 Na szczęście tylko kilka siniaków i obdarć 🙂
    Podczas któregoś z etapów Wyścigu Pokoju, zostawiłem Waganta pod sklepem i jak wyszedłem z zakupioną oranżadą dla mnie i „granatami” dla starszego, rowerka już nie było. Po dwóch tygodniach „wypłakałem” od starszych drugiego Waganta, który już kosztował prawie dwa ray więcej, niż ten pierwszy, którym się nacieszyłem jakiś rok 😀

  11. Trzmielka napisał(a):

    @piko

    Dzięki tej czeskiej młodzieżowce wygrywałam wyścigi z czterema braćmi – moimi kumplami, którzy mieli gorsze rowery. Na dodatek jeden z nich później został profesorem na AWF, a drugi – dyrektorem filharmonii…

    Szkoda, ze nie wrócą te piękne czasy (piękne mimo PRL-u).

  12. piko napisał(a):

    @lordJim

    Kolega miał kolarkę „Kobuza”. To było coś.

    Mój Uniwersal też miał srebrne błotniki i nawet mu się nie telepały. Miał też bagażnik, osłonę na łańcuch dynamko, lampkę z przodu i tyłu i w porównaniu z czeską młodzierzówką był strasznie ciężki. Dynamka nie używałem bo rzęziło i miało duże opory ruchu.

  13. piko napisał(a):

    @trzmielka

    Jak widać można mieć kiepskie wyniki w jeździe na rowerze i zostać profesorem lub dyrektorem. Ja tak sobie jeździłem i nie jestem ani profesorem ani dyrektorem. Jestem prezesem 🙂 🙂

Przejdź do paska narzędzi