Nie mógł milczeć, ale nikt nie chciał słuchać……

 

W październiku 2012 roku w tygodniku „Wprost” ukazał się wywiad ze Dymitrem Książkiem – lekarzem, który wraz z niewielką ekipą został wydelegowany przez Ewę Kopacz do Smoleńska.

W skład ekipy wchodził jeszcze jeden lekarz, dwóch ratowników oraz dyrektor, również medyk.

Otrzymali informację, że będą zajmowali się rodzinami ofiar.

Oprócz medyków, do Smoleńska wydelegowano pięciu patomorfologów, którzy mieli włączyć się w pracę przy sekcjach wspólnie z Rosjanami.

A jak wszystko wyglądało, wynika z treści wywiadu, który zamieszczam poniżej.

Ponieważ wywiad z „Wprost” nie jest cały, zamieszczam link do strony rozszerzającej tekst źródłowy.

Z przytoczonych treści jasno wynika, że Dymitr Książek przewidział, albo wiedział, czego można się spodziewać w trumnach z ciałami polskich ofiar. Trudno nie zauważyć również jego sceptycyzmu, co do przeprowadzonych przez Rosjan sekcji oraz badań genetycznych, do których nie dopuszczono polskich specjalistów.

Szkoda, że ten wyraźny sygnał polskiego lekarza w sprawie nieprawidłowości, do których doszło po tragedii w Smoleńsku, przekazany już w 2012 roku, został niezauważony przez polski wymiar sprawiedliwości, prokuratorów prowadzących śledztwo, służby oraz najwyższe czynniki państwowe.

Pozostaje tylko pytanie dlaczego. Dlaczego nikt nie chciał słuchać? Pytanie retoryczne? Owszem, ale ktoś musi na nie w końcu odpowiedzieć – za całą sytuację związaną z okolicznościami katastrofy oraz sytuację po tym wydarzeniu, również.

 

Nie mogę milczeć”

Nie, nie mówiliśmy nic przez dwa i pół roku. Tak się umówiliśmy między sobą, że nic. Nawet razem z kumplami, z ratownikami nie rozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy tam, w Moskwie. To była taka… Ech, nie będę przeklinał… Wie pani, kiedy w czwartek 15 kwietnia przyjechałem do domu, to do żony powiedziałem: „Wiesz, Aga, jeszcze wszystkich będą ekshumować”. Byłem jak w amoku. Spaliśmy tam po godzinie, po dwie. Rodziny w ogóle nie spały – mówi w rozmowie z Magdaleną Rigamonti Dymitr Książek, lekarz LPR, który towarzyszył rodzinom ofiar w Moskwie

Dymitr Książek: W niedzielę 11 kwietnia 2010 r. poleciały do Moskwy dwa samoloty. Mieliśmy lecieć pierwszym, z naszymi patomorfologami. Było nas dwóch doktorów, dwóch pielęgniarzy i dyrektor, też medyk. Podstawiono pierwszy samolot. Załadowaliśmy go naszym sprzętem i całą masą rzeczy patomorfologów, głównie tym wszystkim do badań DNA. Dostaliśmy informację, że będziemy się zajmowali rodzinami ofiar. Baliśmy się tylko, że jest nas pięciu na jakieś 200 osób. Pamiętam żonę rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, która informowała nas o przebytych chorobach męża, jego znakach szczególnych. Była przekonana, że to, co mówi, może przyspieszyć identyfikację zwłok. A my przecież nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy pomagali przy identyfikacjach, że będziemy w chłodniach, w prosektorium, wszędzie. Zapakowaliśmy pierwszy samolot, ale polecieli nim patomorfolodzy, żeby pracować z Rosjanami przy sekcjach zwłok.

Rosjanie prawie wszystkie sekcje ukończyli do 11 kwietnia.

Niemożliwe, bo sekcje trwały jeszcze przez kilka dni po naszym przyjeździe. Ekipa naszych patomorfologów liczyła w sumie pięć osób. Oni wszyscy lecieli z myślą, że włączą się w pracę z Rosjanami i kiedy wieczornym samolotem przylecą rodziny, to wszystkie ciała będą gotowe do okazania, do identyfikacji. Mówiło się, że rodziny będą wchodziły, rozpoznawały, wychodziły i wracały do Polski. Że ciała do trumien i do Polski… I zaczęła się jazda. W Moskwie byliśmy 11 kwietnia ok. godz. 23. Wszystkim zabrano paszporty. Oddano nam chyba po dwóch dniach. Wsadzono nas w autobusy i przewieziono do hotelu. Część rodzin chciała jechać, identyfikować swoich bliskich, nikt nie chciał spać. Ale nic nie było wiadomo. Techników, patomorfologów nie było. Późną nocą minister Arabski i minister Kopacz zwołali spotkanie. Rodzinom dano sutą kolację – bliny z kawiorem – i kazano czekać.

Na czyje polecenie tam polecieliście?

Minister Ewy Kopacz, to ona nas desygnowała do roboty. W poniedziałek dojechaliśmy do prosektorium, wszystkich posadzono w auli i kazano czekać. Miałem poczucie, że minister Kopacz chce dużo zrobić, że chce pomóc. Ale wiem też, że to, co tam się działo, złamało ją, przerosło. Jak wszystkich…

Pana też? Przecież pan ratuje ludzi z najgorszych wypadków, więc już się pan napatrzył.

Nigdy wcześniej nie widziałem tylu ciał i takiej tragedii. Poszedłem z mężem i matką jednej z ofiar na tzw. przesłuchanie. Siedzi taki chłopak, prokurator. Zaczyna pytać o dane personalne, ale po rosyjsku, a tłumacza nie ma. Przez 15 minut pisze rosyjskimi bukwami adres zamieszkania najpierw męża ofiary, potem matki. Zanim dochodzi do pytań przydatnych do identyfikacji, mija co najmniej godzina. Cały jeden dzień na tym był stracony.

Gdzie w tym czasie byli patomorfolodzy?

Na dole, siedzieli na ławce przed prosektorium. Podczas tych przesłuchań nie byliśmy potrzebni, więc zeszliśmy na dół, by sprawdzić, co z nimi się dzieje. Prosektorium było trzypiętrowe. Na trzecim piętrze laboratoria, na drugim sale do okazywania ciał, a na dole prosektoria i chłodnie. Trzeba było iść przez podwórko. Trafiliśmy – przepraszam, że tak mówię – po smrodzie. Siedzieli na drewnianej ławie, przed nimi biurko, na biurku sprzęt m.in. do badań DNA. I czekanie. I nic nie wiadomo, bo nic nie było uzgodnione. Oni byli poinformowani, że będą pomagali w sekcjach, w pobieraniu materiału genetycznego, w identyfikacjach. To są specjaliści wysokiej klasy, a okazało się, że Rosjanie do niczego nie dopuszczają. Cały poniedziałek tak siedzieli. I cały poniedziałek trwało dogadywanie, żeby w końcu weszli do tego prosektorium.

https://www.wprost.pl/351418/Nie-moge-milczec

A tu tekst uzupełniający:

http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/698795,Katastrofa-smolenska-lekarz-przerywa-milczenie

 

 

Syzyfoptymista

You may also like...

Dodaj komentarz:

Przejdź do paska narzędzi