„Były czasy, psiakrew!”

Stanisław Szczuka (ur. 25 listopada 1928 w Warszawie, zm. 20 kwietnia 2011) – polski adwokat, obrońca w procesach politycznych okresu PRL-u. Współpracownik biura interwencyjnego KOR. …

Był, wraz z Janem Olszewskim, Antonim Pajdakiem i Wojciechem Ziembińskim, współautorem i sygnatariuszem Listu 14, w którym polscy prawnicy i naukowcy protestowali przeciwko drastycznym represjom stosowanym wobec uczestników wydarzeń czerwca 1976, a także przeciwko umieszczeniu w Konstytucji PRL przepisu o nienaruszalności sojuszu z ZSRR. Współpracował z Biurem Interwencyjnym Komitetu Obrony Robotników.

Po 1989 był, niespodziewanie dla opinii publicznej, obrońcą jednego z milicjantów oskarżonych o śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka. W 1993 roku bez powodzenia kandydował do Sejmu z ostrołęckiej listy Porozumienia Centrum, a w wyborach w 1997 roku do Senatu z rekomendacji Unii Prawicy Rzeczypospolitej. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2006).

Ojciec Kazimiery Szczuki – dziennikarki i krytyka literackiego, zięć Władysława Winawera”

Władysław Marcin Winawer (ur. 26 stycznia 1899 w Warszawie, zm. 10 lipca 1973 w Warszawie) – adwokat cywilista, po II wojnie światowej obrońca w procesach politycznych działaczy Polskiego Państwa Podziemnego, a po 1956 roku w procesach rehabilitacyjnych osób bezprawnie skazanych przez władze komunistyczne, dziadek Kazimiery Szczuki, wnuk szachisty Szymona Winawera. …

Prowadził sprawy cywilne, głównie hipoteczne. Był patronem** Stanisława Gajewskiego, który w 1942 wyprowadził z getta warszawskiego jego pięcioletnią córkę Janinę.”

„[Stanisław Gajewski] Po zakończeniu działań wojennych pracował w ministerstwie sprawiedliwości na zaproszenie Leona Chajna (1944–1945). …

Od 1954 do 1961 pełnił misję jako ambasador nadzwyczajny i pełnomocny w Paryżu. Z powodu „skandalu obyczajowego” usunięty ze służby dyplomatycznej, pracował jako doradca Prezydium Sejmu ds. stosunków zagranicznych.

Nim przystąpił do PZPR, należał do Stronnictwa Demokratycznego. Początkowo żonaty z lekarką – absolwentką UW Janiną Milejkowską (ślub wzięli w listopadzie 1939), następnie był drugim mężem Zofii Chądzyńskiej. Miał brata Wacława – profesora genetyki, członka PAN. Był kawalerem Legii Honorowej.

Pochowany na Starych Powązkach w Warszawie.”

„Honolulu” to rozrachunek ze swoim życiem byłego ambasadora PRL we Francji. Choć Nowakowski nie wymienia jego nazwiska, wiadomo że chodzi o Stanisława Gajewskiego, szefa dyplomacji polskiej we Francji w latach 1954 – 1961, którego kariera skończyła się gwałtownie po tym, jak wyjątkowo niefortunnie ulokował on swoje uczucia w żonie amerykańskiego pracownika Europejskiego Dowództwa NATO. W normalnym świecie pani ta rozwiodłaby się z małżonkiem i wyszła za mąż za, nieco egzotycznego z jej punktu widzenia, ambasadora kraju zza żelaznej kurtyny. PRL-owska bezpieka zadbała jednak, by z tej historii miłosnej uczynić aferę, bez mała, szpiegowską. Wybrankę Stanisława Gajewskiego zmuszono do opuszczenia Polski bez prawa powrotu, a samego ambasadora najpierw zawieszono, a potem zwolniono z MSZ. Do emerytury dociągnął, pracując w Kancelarii Sejmu, gdzie miał odpowiednio dużo wolnego czasu, by dziękować Bogu, że nie wylądował za kratami.

Gajewski był świetnym gawędziarzem, o czym mogli się przekonać czytelnicy nie tylko „Honolulu”, opowieści zbudowanej na jego monologu, ale i interesujących wywiadów, jakich udzielił Robertowi Jarockiemu, który zebrał je i w 1993 roku opublikował w książce „Pięć minut ambasadora”. To z tej książki pochodzi kapitalna anegdota o zachowaniu Chruszczowa w Paryżu w 1960 roku, gdy po zamieszaniu z amerykańskim samolotem szpiegowskim U2, Nikita Siergiejewicz zerwał zwołany nad Sekwanę „szczyt”, międzynarodową konferencję przywódców czterech mocarstw: Stanów Zjednoczonych, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji. W sowieckiej ambasadzie w Paryżu, mocno podekscytowany i napity, I sekretarz KC KPZR spotkał się następnie z korpusem dyplomatycznym zaprzyjaźnionych państw, tzw. demoludów. Oczywiście, był tam i Gajewski, któremu w trakcie prezentacji Chruszczow położył dłoń na ramieniu i upewniwszy się, że chodzi o reprezentanta Polski („Wy pasoł Polszy?”), triumfalnie ogłosił: „No to ja ciebie pierdolę!”. Tak to sowiecki numer 1 przypomniał sobie, wyniesioną pewnie z pobytu na Ukrainie, znajomość języka polskiego, a cała historia w pełnym świetle ukazała swoje drugie, niekoniecznie miłe dla Polski i Polaków, dno.

W „Honolulu” też znajdziemy znakomite anegdoty. A to o tym, jak towarzysz Kliszko liczył kwiaty w paryskiej ambasadzie, pouczając: „Zbytnia rozrzutność, a to z trudu robotnika i chłopa”, to o córce Mariana Spychalskiego, której zachciało się studiować sztuki piękne w Paryżu, zamieszkała więc w ambasadzie i jeszcze domagano się odwożenia jej na uczelnię i przywożenia z powrotem, to znów o wizycie bohatera „Honolulu” w Belwederze, u ówczesnego przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego. Ta wyglądała następująco:

„Siedział za stylowym biurkiem i zęby sobie w lusterku oglądał. Wskazał fotel i dalej ogląda. Marszczy się i stęka. Narzeka. Zęby go bolą. Ciągle kłopoty. Na ten temat potoczyła się rozmowa. Najgorsza ta trójka. Otwiera usta, palcem pokazuje sczerniały ząb. Długo o zębach. Stan mego uzębienia też go interesował.

Potem zapytał:- A jak tam we Francji?- Bardzo dobrze.- To dobrze – zgodził się.Mniej więcej tyle.- Pogawędziliśmy sobie przyjemnie – stwierdził na koniec. – Jak będziecie znów w kraju, to wpadnijcie do mnie, towarzyszu!”.

Po wyjściu ambasadora okazało się, po co naprawdę został wezwany. Szef kancelarii Zawadzkiego wręczył mu listę zakupów, jakie trzeba zrobić w Paryżu dla towarzysza Aleksandra: „Materiały na garnitury, letnie, zimowe, przejściowe, smokingi, koszule, krawaty, skarpety, paski, szelki, buty”. Gajewski powiedział o zleceniu swemu ministrowi. Ten się wściekł: „Ambasador czy garderobiany! Ambasador nie jest od gaci”. Jednak następnego dnia, przed odlotem do Paryża do ambasadora zadzwonił premier, prosząc, żeby „uczynił tę przysługę towarzyszowi Aleksandrowi. Olek taki zaharowany, w ogóle nie myśli o sobie. Trzeba mu pomóc”.

Jak było odmówić? Cyrankiewicz obiecał też, że „co niezbędne, przyślemy wam natychmiast do Paryża”. Słowo ciałem się stało. „Wkrótce do Paryża nadeszła przesyłka z Warszawy. Zalakowana, zaplombowana. Tajna. Do rąk własnych ambasadora. Otwieram i patrzę: parę milionów nowiutkich franków, paczuszki w banknotach, prosto z Banku Francji via Warszawa”.

Były czasy, psiakrew!”


**) „Odbył służbę wojskową, a następnie aplikację u mecenasa Władysława Winawera.”

You may also like...

1 Response

  1. nagor napisał(a):

    Były , były to czasy swoich i sprawdzonych ,po reformie terytorialnej 1975 księstwa dzielnicowe (49) dla byłych i dla aspirantów w urzędach, zrzeszeniach , zjednoczeniach i związkach wg nowych województw . Zabezpieczenie wymiany pokoleniowej bo stołki i stołeczki z rekomendacji komitetu i karuzela swoich , a każdy uważał ,że może tyle co ci w Warszawie. Jeden plus to taki ,że rozpasanie stało się powszechnie widoczne i namacalne w terenie i trudno było te zapędy ukryć . To przyczynek do masowego poparcia Solidarności .
    Ciągota trwa nadal niestety .

Dodaj komentarz:

Przejdź do paska narzędzi