K.I.Gałczyński. Pijaczek? – raczej tak! Koniunkturalista? – może! Ale w jenieckim obozie, w październiku 1944 roku, napisał TO!

Jedna była — gdzie? Pod Tobrukiem.
Druga była — gdzie? Pod Narvikiem.
Trzecia była pod Monte Cassino.

A każda jak zorza szalona,
biało-czerwona, biało-czerwona!
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
biało-czerwona.

Zebrały się nocą flagi.
Flaga fladze dodaje odwagi:
— No, no, nie bądź taka zmartwiona.
Nie pomogą i moce piekła:
jam ciebie, tyś mnie urzekła:
nie zmogą cię bombą ni złotem
i na zawsze zachowasz swą cnotę.
I nigdy nie będziesz biała,
i nigdy nie będziesz czerwona,
zostaniesz biało-czerwona
jak wielka zorza szalona,
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
najukochańsza, najmilsza,
biało-czerwona.

Tak mówiły do siebie flagi
i raz po raz strzelił karabin,
zrobił dziurę w czerwieni i w bieli.
Lecz wołały flagi: — Nie płaczcie!
Choćby jeden strzępek na maszcie,
nikt się zmienić barw nie ośmieli.
Zostaniemy biało-czerwone,
flagi świete, flagi szalone.
Spod Tobruka czy spod Murmańska,
niech nas pędzi dola cygańska,
zostaniemy biało-czerwone,
nie spoczniemy biało-czerwone,

czerwone jak puchar wina,
białe jak śnieżna lawina,
biało-czerwone.

O północy przy zielonych stolikach
modliły się diabły do cyfr.
Były szarfy i ordery, i muzyka
i stukał tajny szyfr.
Diabły w sercu swoim głupim, bo niedobrym
rozwiązywały biało-czerwony problem.

Flaga łkała: — Czym powinna
zginąć bo jestem inna?
Bo nie taka… dyplomatyczna,
bo tragiczna, bo nostalgiczna;
ta od mgieł i tkliwej rozpaczy,
i od serca, które nic nie znaczy,
flaga jak ballada Szopenowska,
co ją tkała sama Matka Boska.

Ale wtedy przyszła dziewczyna
i uniosła flagę wysoko,
hej, wysoko, ku samym obłokom!
Jeszcze wyżej, gdzie się wszystko zapomina,
jeszcze wyżej, gdzie jest tylko sława
i Warszawa, moja Warszawa!
Warszawa, jak piosnka natchniona,
Warszawa biało-czerwona,
biała jak śnieżna lawina,
czerwona jak puchar wina,
biało-czerwona, biało-czerwona, hej, biało-czerwona.

You may also like...

10 komentarzy

  1. Pawicz napisał(a):

    Szacun! Tego nie znałem.

  2. Zolw napisał(a):

    Ciary po plerach, nie?

  3. Pawicz napisał(a):

    Jako żywo!

  4. Cogi napisał(a):

    Komentarz z Twittera:
    „ogromne wrażenie zawsze na mnie robił te diabły co rozwiązywały biało-czerwony problem. Że mu to drukowali w PRL,,, dziwne”

  5. piko napisał(a):

    Kto to Gałczyński?

    Poeta.

  6. piko napisał(a):

    Będąc licealistą miałem przyjemność być w mieszkaniu Kiry Gałczyńskiej w al. Róż w Warszawie. Wówczas nie czułem do końca w jakim miejscu jestem i co to może znaczyć.

    Pani Kira – córka Konstantego – likwidowała mieszkanie i część księgozbioru przeznaczyła dla młodzieży. Nie były to książki z tekstami jej ojca tylko beletrystyka innych autorów których czytał. Mam jedną z takich książek. Nie jakieś poezje a „Ojciec Chrzestny” Mario Puzo.

    Kilka zdjęć z mieszkania Kiry Gałczyńskiej jest tu

    http://www.kigalczynski.pl/main.html

  7. robertzjamajki napisał(a):

    @piko

    Dobre, ja mam wspomnienia o rodzicach autorstwa Kiry, tez ciekawe.. 🙂

  8. Włóczęga napisał(a):

    Strona K.I.Gałczyńskiego:http://www.kigalczynski.pl/main.html

  9. piko napisał(a):

    Może kiedyś się spotkamy w leśniczówce Pranie …

    Tu, gdzie się gwiazdy zbiegły
    w taką kapelę dużą,
    domek z czerwonej cegły
    rumieni się na wzgórzu:
    to leśniczówka Pranie,
    nasze jesienne mieszkanie.

    Chmiel na rogach jelenich
    usechł i już się sypie;
    w szybach tyle jesieni,
    w jesieni tyle skrzypiec,
    a w skrzypcach, byle tknięte,
    lament gada z lamentem.

    Za oknem las i pole,
    las — rozmowa sosnowa;
    minął dzień i na stole
    stoi lampa naftowa,
    gadatliwa, promienna
    jak ze stołu Szopena.

    W nocy tyle tu nuceń
    i śpiewań aż do rana.
    Księżyc w srebrnej peruce
    gra jak Bach na organach
    i płynie koncert wielki
    przez dęby i przez świerki —
    to leśniczówka Pranie:
    nocne koncertowanie.

    Chodzi wiatr nad jeziorem,
    trąca dęby i graby;
    i znów wieczór, wieczorem
    znów zaświecamy lampy;
    o, leśniczówko Pranie:
    lamp lśnienie, migotanie,
    księżyc na każdej ścianie,
    nocne muzykowanie.

    Sunie dorożka nocy,
    w skos, dziecinnym rysunkiem;
    dorożkarz zamknął oczy,
    konik stąpa z frasunkiem,
    cień od ściany do ściany:
    wehikuł posrebrzany;
    o, leśniczówko Pranie:
    nocne podróżowanie.

    Gwiazdy jak śnieg się sypią,
    do leśniczówki wchodzą
    każdą okienną szybą,
    każdą wrześniową nocą;
    w twoim małym lusterku
    noc świeci gwiazdą wielką.

    Wrzesień 1952

  10. Trzmielka napisał(a):

    Niepowtarzalna jest ta dziecięca naiwność rytmu i rymu u Gałczyńskiego. Naiwność, która bynajmniej nie jest naiwnością autora, tylko świadomą stylizacją,.

    Dzięki a wiersz o fladze, nie znałam go. Dla mnie fragment o diabłach przy zielonym stoliku jest zapierający dech – tak nagle pojawia się w środku niemal dziecięcej opowieści… To ma swój istotny sens.

Dodaj komentarz

Przejdź do paska narzędzi