Papież w „Egipcie” czyli jak rozłam w Kościele potęguje rozkład Europy

CZ.I Niewola islamska chrześcijaństwa i Europy

CZ.II Schizma – czyli jak marksizm niezauważalnie wcielił się w doktrynę Franciszka

Wczoraj dobiegła końca dwudniowa wizyta papieża w Egipcie. Jaki był jej cel, sens i treść i jak rzutuje ona na rysujący się w Kościele od dłuższego czasu podział? Czy ma w ogóle sens tego typu „rozmowa” z islamem, jaką zaprezentował nam Franciszek w dn. 28-29 kwietnia? Czy zaostrza wewnętrzny podział w Kościele, zbliżając się powoli do punktu krytycznego, podział o którym mówi się coraz więcej i w rezultacie którego porzucić chrześcijaństwo mogą rzesze wiernych? Podział, który dla wnikliwych obserwatorów, nawet tych spośród hierarchii watykańskiej – coraz bardziej zaczyna przypominać rozłam na dwa różne Koscioły: Kościół JP II i Benedykta XVI oraz Kościół „postępowy”, „odmrażany” Franciszka. Czy może powstać w Watykanie wewnętrzna „opozycja” względem socjalizującego Kościoła Franciszka, co zdaje się sugerować wypowiedź kardynała Roberta Saraha, prefekta Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów który mówi, że „Kościół popełnia błąd, kiedy sądzi, że jego podstawową misją jest zaradzenie problemom politycznym odnoszącym się do sprawiedliwości, pokoju, ubóstwa, przyjmowania uchodźców itp. przy jednoczesnym zaniedbaniu ewangelizacji”. Kardynał Sarah dodaje niezwykle ważną diagnozę i ostrzeżenie, cytując pewnego Włocha, który porzucił chrześcijaństwo na rzecz islamu: „Jeśli Kościół ze swą aktualną obsesją na punkcie sprawiedliwości, praw socjalnych i walki z ubóstwem zapomni w konsekwencji o swej kontemplacyjnej duszy, poniesie klęskę w swej misji i zostanie porzucony przez wielu swych wiernych, ponieważ nie będą już w stanie rozpoznać, co stanowi o jego specyficznej misji”. Na te pytania spróbuję odpowiedzieć. Notka składa się z dwóch, lecz ściśle powiązanych ze sobą części: I. treść i sens wizyty w Egipcie na tle konfliktu z islamem  II. istota i przyczyny coraz bardziej wyraźnego podziału na dwa zupełnie różne Kościoły.

1.

Głównymi punktami pobytu w Egipcie były trzy spotkania: z prezydentem Abdelem Fattahem Al-Sisim, wielkim imamem muzułmańskiego uniwersytetu z Al-Azhar, Ahmadem al-Tayebem oraz z patriarchą koptyjskim Tawadrosem II oraz uświęcenie pamięci niedawnych zamachów na chrześcijań kopytjskich. Spotkania, jak to spotkania, wszyscy nasłuchiwali bardziej wystąpeń papieża i jego gospodarzy – i tym chcę się zająć.

W telegraficznym skrócie, to papież mówił o tym, że pragnienie władzy, handel bronią i ekstremizm religijny stwarzają poważne problemy społeczne. Że wielu ludziom tego regionu brak jest chleba, wolności i sprawiedliwości społecznej. Że rozwój, dobrobyt i pokój są „dobrami niezbywalnymi, zasługującymi na wszelkie poświęcenie”, podobnie jak równość wszystkich obywateli, swoboda religijna i wolność słowa. Że pragnie pokoju dla całego tego regionu, „w szczególności dla Palestyny i Izraela, Syrii, Libii, dla Jemenu, Iraku, dla Sudanu Południowego”. No i że przemoc jest zła i zło jest złe („zło rodzi zło”).

Nie mówiono prawie nic o Koranie, o naturze islamu (tak jak kiedyś mówił Bededykt XVI). Nie mówiono ani słowa o mordowaniu chrześcijan na trzech kontynentach i bynajmniej nie przez terrorystów z ISIS, tylko przez najzwyklejszych, szeregowych muzułmanów. Gros czasu poświęcono wyklinaniu wcielonego zła, którym jest ISIS, albo ogólnie: terroryzm (o czym wszyscy zresztą, nawet Putin, , i bez tej konferencji pokojowej wiedzą) i udowadnianiu, że ISIS nie ma nic wspólnego z islamem, a islam z przemocą. I na tym rytualnym pochwyceniu kozła ofiarnego (ISIS, nieokreślony terroryzm, przypominający tak znany u nas, nie mający narodowości, niezidentyfikowany nazizm), złożeniu na jego grzbiet grzechów wszelkich i pognaniu go, hen, daleko poza zasięg oczu przemądrych i już oczyszczonych rozmówców – treść cała się zakończyła. Ale niektórym wątkom trzeba jednak przypatrzeć się bliżej, bo wpisują się one w temat jawiącej się na horyzoncie schizmy w Kościele.

Wnikliwy obserwator zauważy, że Franciszek wybitnie ułatwia sobie sprawę. Nie jedzie tam, gdzie mordują chrześcijan zwykli muzułmanie, tylko jedzie tam, gdzie sprawa jest ewidentna, gdzie zamachów dokonało ISIS. W takim np. Pakistanie niemożliwa byłaby konferencja pokojowa w stylu tej egipskiej. Żaden z imamów nie mógłby wygłosić fałszywego stwierdzenia, ze islam nie ma nic wspólnego z przemocą. Ma. Mówił o tym Bededykt. Mówią o tym każdego tygodnia agencje prasowe, choć poświęcają temu 10 razy mniej miejsca, niż zamachom terrorystów. Mówi o związku islamu z przemocą nie tylko nienawiść do „niewiernych”, bardziej mówi o tym wzajemna bratobójcza nienawiść szyitów i sunnitów, ich nieskończona, oślepieńczo bezwzględna wojna i zwierzęca nienawiść do siebie. Nie ma innego islamu. Jest taki, jakim go rozumieją w Pakistanie i w tych wszystkich krajach Afryki i Azji, gdzie wciąż są rzezie chrześcijan za samo noszenie krzyżyka i wymienienie imienia Jezusa. Jest taki, jakimi są opętani imamowie z każdego islamskiego kraju.

Na tej egipskiej konferencji, jak w całym mainstreamie z lubością miesza się różne rzeczy, by poprzez manipulację pojęciową ukryć prawdę. Dwa główne fałsze są powielane. 1. ISIS nie ma niczego wspólnego z islamem. Otóż ma. Rzeszę potencjalnych morderców. Hipotetycznie (dowodzą tego biogramy zamachowców z ostatnich 5 lat) każdy wierzący muzułmanin jest wręcz predysponowany do bycia wojownikiem ISIS. Wystarczy tylko kilkanaście wizyt u odpowiedniego imama w odpowiednim meczecie i oto z cywilizowanego, „asymilowanego” doktora lub inżyniera, grzecznego sąsiada przeistacza się w krwiożerczą, opętaną wizją hurys – bestię. Drugi fałsz ma miejsce, gdy szarzy wyznawcy proroka mordują chrześcijan za to, że śmią nimi być. Wtedy często słyszymy o zamachu… terrorystycznym, choć jego sprawcy nawet nie znają tego słowa. Ale cel osiągnięty. Religia szejków od ropy nie uszkodzona… A jakiż to terroryzm? To klasyczny fanatyzm pseudoreligijny błędnie łączony z terroryzmem.

Gdy taką mamy sytuację, takie zakłamanie, to czas multireligijnych konferencji pokojowych kończonych modlitwami za dusze właśnie co zabitych powinien się wreszcie zakończyć, a nie rozkwitać w najlepsze mnożąc złudzenia i zamęt, a także chyba i ofiary, za które potem dyskutanci się zgodnie pomodlą…

2.

Wrócmy do kilku szczegółowych wypowiedzi papieża i imama.

W Kairze papież Franciszek powiedział, że nie będzie pokoju na świecie bez odpowiedniej edukacji młodego pokolenia.

No u nas to powiedział Zamoyski (1600) i Staszic (1787). Można to powiedzieć też prościej, że dzieci muszą chodzić do szkoły.

Na konferencji na temat pokoju na egipskim uniwersytecie Al-Azhar mówił, że ze zła wypływa jedynie zło, a z przemocy tylko przemoc. Widać, że papież chciał tu coś powiedzieć o islamie, ale niestety, zabrakło mu odwagi Benedykta XVI by powiedzieć choć słowo prawdy o tej ideologii i Mahomecie. Więc powiedział to na takim poziomie ogólności, że można to zapisać, A=A, albo A implikuje A. I wszyscy imamowie przytaknęli… Jest to wg B.Latiniego 7. rodzaj kłamstwa („Siódmy rodzaj kłamstwa zdarza się wtedy, gdy chcemy odwieść kogoś od grzechu, nie czyniąc nikomu krzywdy”).

W przemówieniu na forum międzynarodowej konferencji papież położył nacisk na potrzebę dialogu międzyreligijnego i oświadczył: – Jesteśmy wezwani, by iść razem w przekonaniu, że przyszłość wszystkich zależy także od spotkania między religiami i kulturami.

Chrześcijanie ormiańscy też szli razem z muzułmanami. Przez pustynię w pochodach śmierci. Ginął każdy, kto nie wyrzekł się Chrystusa. Reszta też ginęła, tylko trochę później. Prawie 2 mln. w sumie. Było to pierwsze na taką skalę ludobójstwo. Z niego czerpali przykład później hitlerowcy. Dżamal Pasza (1872-1922) był wtedy władcą osmańskim. Oprócz niego animatorami ludobójstwa chrześcijan były postaci z parawolnomularskiej organizacji tureckiej.

W piątek na uniwersytecie muzułmańskim Al-Azhar w stolicy Egiptu, Kairze, że obowiązkiem przywódców religijnych jest sprzeciw wobec wobec wszelkich form przemocy i nienawiści.

Oczywiście jest to utopia, gdyż imamowie i rabini musieliby sprzeciwić się własnym świętym księgom… Powiedziane na tym poziomie ogólności wypełnia ponownie znamiona kłamstwa nr 7 (wg Latiniego).

Przemoc w imię Boga „zbezcześciłaby Jego imię”

Tu z kolei papież wyrywa z kontekstu fragment mowy cesarza bizantyjskiego Michała II Paleologa (1391-1425), jednego z wybitniejszych intelektualistów swego czasu, którą w dużym fragmencie nie bał się zacytować 12.09.2006 r. Bededykt XVI, za co naskoczyło na niego pół świata. Nie obawiajmy się. Na Franciszka nikt nie naskoczy. Wysoki poziom abstrakcji i pomiesznaie definicji kluczowych pojęć – trwale zabezpiecza przed niedogodnościami (Ali Agca, przedwczesna emerytura, potępienie mediów mainstreamowych itp.). Benedykt zacytował wtedy te słowa: „Pokaż mi, co nowego przyniósł Mahomet, a znajdziesz tam tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz szerzenia mieczem wiary, którą głosił”. Wygłosił to też na uniwersytecie (na prawdziwym uniwersytecie, w Ratyzbonie, nie na „uniwersytecie muzułmańskim”). Jak widać uniwersytety są różne i zmienia się na nich przekaz dwóch przywódców duchowych jednej przecież i tej samej wiary. Czyżby któryś… kłamał? Kłamstwem może być też przemilczenie. Jest wiele rodzajów kłamstwa. Brunetto Latini, nauczyciel Dantego rozróżnia ich siedem.

3.

Z kolei gospodarz, rektor uniwersytetu Al-Azhar, wielki imam Ahmad al-Tajjib podkreślał w swym wystąpieniu, że „islam nie jest religią terroryzmu”. Jak wyjaśnił, są ludzie, którzy źle zinterpretowali przesłanie tej religii.

Rozumie się. Socjalizm tak, wypaczenia nie. Identycznie teolog wyzwolenia abp Camara mówił o wprowadzaniu socjalizmu w obręb chrześcijaństwa. I wprowadzili. I dzięki temu możemy sobie poczytać relacje z kolejnych konferencji pokojowych. Szkoda, że Picasso już nie żyje. Maznąłby od ręki jakiegoś aniołka na temat egipskiej konferencji pokojowej mającej zaprowadzić „odprężenie w stosunkach”. Albo jakąś konwergencję. Konwergencję czułości. Trzecią drogę pomiędzy prawdą i kłamstwem – czyli… banał. Do niczego nie prowadzący, tylko przysłaniający istotę problemów.

„Następnie wielki imam stwierdził, że z tego samego powodu nie można uznać chrześcijaństwa za religię terroryzmu tylko dlatego, że „podnosząc krzyż” zabijano ludzi. Słowa te były odniesieniem do krucjat. Al-Tajjib mówił dalej, że także judaizmu nie można uznać za religię terroryzmu z powodu okupacji terytoriów palestyńskich. Muzułmański lider argumentował, że gdyby uznano islam za religię terrorystyczną, to nie można by też oszczędzić żadnej innej religii i cywilizacji.”

No cóż… wypada to zacytować coś z czasów, gdy ludzie mówili mądrze: Petrus Alfonsi, syn króla Portugalii i pierwszy mistrz zakonu Avis powiadał tak: „Nie otaczaj się nieprzyjaciółmi, bo jeśli zrobisz coś złego, oni to zapamiętają, twoje zaś dobre uczynki potępią”. Salomon mówił zaś: Głupiec nie rozumie tego, co mówisz, chyba że twoje słowa sprawiają mu przyjemność (cyt. Za B.Latinim).

Całe szczęście, że dla prasy poza imamami i papieżem wypowiedział się ktoś inny. W piątkowym wywiadzie dla dziennika „La Stampa” Tawadros II, patriarcha Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego powiedział, że patriotyzm i edukacja są antidotum na terroryzm. Rozminął się tu z intelektualnymi zainteresowaniami Franciszka, dla którego patriotyzm znajduje się poza dziedziną jego zainteresowań, jak nam tego zresztą dowodzi w ostatnich dniach także nasz episkopat, solidarny całkowicie z przywódcą duchowym.

Po wizycie papieża watykaniści podkreślają, że swą wizytą, mającą głęboki wymiar ekumeniczny i międzyreligijny, papież chce też dodać otuchy chrześcijanom różnych wyznań, którzy padają ofiarą ataków i prześladowań. Szkoda, że tylko watykaniści. Bo w sumie, to wkładają Franciszkowi w usta to, czego nie miał zamiaru powiedzieć, a co było najważniejsze do powiedzenia.

4.

A co było do powiedzenia prawdziwego o islamie, poza tym, co kiedyś – na płaszczyźnie doktrynalnej – wyłożył Benedykt XVI? Wiele. Pierwsze ludobójstwo XX w. zrodzone przez nienawiść islamu do chrześcijaństwa. Wzorzec późniejszych ludobójstw.

Jazyd, Dżamal Pasza, Abu Muslim Al-Churasani, Al-Hadżadż, czy później Kaddafi, Saddam, Mubarak i Baszar Al-Assad – zrodzeni przez Koran tyrani, zbrodniarze i – jak to nazywa Tarek Baddar –krwiopijcy „religii” islamskiej. „Turcja, Iran, Arabia Saudyjska, Bractwo Muzułmańskie, Al-Kaida i spokrewnieni salafici-dżihadyści mogą wszyscy nienawidzić ISIS i być przez niego nienawidzeni, ale wszyscy mają wspólną tę samą, bigoteryjną, supremacyjną ideologię islamistyczną, która bluzga trucizną przeciwko chrześcijanom” (…)Zostawmy ISIS i rywalizujące grupy terrorystyczne. Być dzisiaj chrześcijaninem w Turcji oznacza być celem, a to pogorszyło się od czasu nieudanego zamachu stanu w 2016 r. W “wyzwolonych” częściach Syrii rebelianci, którzy są zarówno salafitami, jak przeciwnikami ISIS, wyeliminowali chrześcijan i Druzów. Bycie chrześcijaninem w Iranie także jest niebezpieczne (…)Arabia Saudyjska, która gości setki tysięcy chrześcijańskich gastarbeiterów, produkuje i eksportuje na cały świat muzułmański powódź propagandy salafickiej, demonizującej nie-muzułmanów oraz propaguje na całym świecie ideę, że nienawiść wobec nie-muzułmanów jest wymogiem bycia prawdziwym muzułmaninem i że muzułmanie żyjący pod rządami zachodnimi nie są zobowiązani do żadnej lojalności wobec rządów krajów „niewiernych”. Arabia Saudyjska naucza więc identycznych rzeczy, jak…ISIS, choć zwalcza ISIS. „Wszystkie te państwa i organizacja mają własne cele i plany, które często są ze sobą sprzeczne. Ta sama Turcja, która potępia Zachód „krzyżowców”, jest atakowana przez ISIS za bycie częścią ofensywy „krzyżowców” w Syrii. To samo państwo saudyjskie, które propaguje twardogłowe poglądy Abdula Wahhaba, jest celem ataków ISIS za to, że siedzi w kieszeni krzyżowców. Iran propaguje tezę, że USA stoją za ISIS, podczas gdy media popierające reżim egipski, twierdzą, że Ameryka popiera Al-Kaidę (…) Nawet jednak gdyby ISIS przestało istnieć jutro, nagromadziło się wystarczająco dużo trucizny w systemie regionalnym – w mediach, w dyskursie duchownych, w podręcznikach i książkach religijnych, w działaniach i zaniechaniach państwa – by dokończyć czystkę religijną tego burzliwego regionu. (Tarek Baddar). Mamy tu gordyjski węzeł, splot nienawiści i interesów zwany religią, doprowadzający do końca czystkę religijną na chrześcijanach i wykładany w budowlach zwanych uniwersytetami, które to budowle lubią odwiedzać niektórzy przywódcy duchowi…

Studenci „uniwersytetu”, który odwiedził Franciszek czekają na wykład imama (University students waiting to hear Sheikh Ahmed el-Tayeb, the grand imam of Al Azhar mosque)

Ociekająca krwią niemal w każdym tygodniu „szkarłatna nić zjadliwej chrześcijanofobii, jaka przewija się przez słowa i czyny Państwa Islamskiego, znajduje wiele odpowiedników poza tą organizacją”.

I to należało powiedzieć. Może jeszcze ilustrując swój wykład slajdem z mapą świata (wszak „uniwersytet” to), na której byłyby zaznaczone państwa i regiony, gdzie szeregowi wyznawcy Proroka mordują bezustannie, aż do całkowitej likwidacji tej populacji – ludność chrześcijańską.

5.

Przed wyjazdem do Egiptu papież nagrał posłanie wideo na trwającą w Vancouver konferencję TED 2017 (Technology Entertainment Design). Warto je obejrzeć na Youtube (można wybrać polską wersje językową). Nadaje się ono jako etap pośredni w zrozumieniu w czym ma korzenie organizowanie takich bezsensownych i nieprawdziwych (rezygnujących z powiedzenia prawdy) wyjazdów, jak ten do Egiptu. Zamieszczam kilka printscreenów z krótkim moim komentarzem. Jeśli czyjeś uczucia religijne trochę naruszę, urażę, to przepraszam – nie taki jest mój cel.

Na początku mamy oczywiście propagandę transportu migrantów.

Później mamy próbę stworzenia podbudowy naukowej do tej agitacji oraz wezwanie do jedności. Mamy tu porównanie rzeczywistości ludzkiej do świata pierwiastków, które ponoć (absurd) łączą się wszystkie ze sobą. No cóż. Epikur ujmował to zgrabniej, chcąc uzasadnić swój materialistyczny światopogląd mówił o atomach. Pierwiastki i atomy to raczej ulubiona sfera dociekań hedonistów. Wprawdzie nie posądzam Franciszka o skryte wyznawanie hedonizmu, ale z drugiej strony pamiętam, że w Rzymie hedonizm już od starożytności mocno się trzymał. Razem z tymi swoimi atomami i pierwiastkami jako… kluczem do zrozumeinia człowieka.

Co zwraca uwagę nie tylko w tym wystąpieniu, lecz prawie w każdej papieskiej mowie, to odrzucenie teologii grzechu JP II (obszernie o niepokojącej zmianie kierunku Kościoła franciszkowego jest w drugiej części). Zamiast tego mamy teologię dialogu (interakcji, solidarności), stworzoną nieprzypadkowo przez publicystów (bo przecież nie przez filozofów) żydowskiego pochodzenia i niezwykle aktywnie propagowaną w Polsce stanu wojennego, jako padgatowkę po już montowany przez stolarzy dialogu – okrągły stół. Szczęście możemy odkryć, gdy otworzymy drzwi na świat zewnętrzny (czytaj: na emigrantów). Czekamy, aż papież pojedzie do Szwecji, Belgii, Holandii, Francji do stref NoGo. A czemuż by nie? I tam powie mieszkańcom dzielnic sąsiadujących z tymi enklawami fanatyzmu i przestępczości – żeby otworzyli swoje drzwi.

Czasem, przepraszam tu wszystkich, których to porównanie może obrazić, zdaje mi się, że słucham Jerzego Owsiaka. Niestety.

Czy wobec tych, co obrabiają babcie metodą na wnuczka, też mamy czynić dobro. Wszak, jeśli aż tak się narażają, to widać są w potrzebie. Powinniśmy zrozumieć – zgodnie z zasadą solidarności – że ludzie mają różne potrzeby. I otworzyć drzwi swoich serc i domów. Nie ważne, że kłamią. Dlaczego mają wydzwaniać i tracić pieniądze? Niech bez telefonów wejdą do domów naszych babć i dziadków i naszych domów. Pomóżmy im spakować rzeczy, bo przecież nie wypuścimy ich tylko z banknotami (pieniądze to nie wszystko). Niech wezmą też coś z dóbr trwałych. Gdy tak odmienimy swoje dusze i oddamy to, czego chcą ci, co są w potrzebie, to wprawdzie jeszcze na świecie wszyscy nie będą mieli po równo (sprawiedliwość społeczna), ale na pewno ten moment – ziemskiego raju – się przybliży. Jak duże muszą być ich niezaspokojone potrzeby, że aż zdecydowali się na poniżenie, którym jest kłamstwo. Oni bardziej zasługują na współczucie, niż my. (podobna logika odwrócenia sensu stosowana była przez przeciwników lustracji, z kapusiów, szpicli i nędznych kreatur robiono… osoby cierpiące, zasługujące na pomoc – robili tak Kuroń, Geremek, Frasyniuk et consortes). Zawsze gdy ktoś nawołuje do nieuwarunkowanego otwierania kieszeni w imieniu innych (pięknie tu się nadaje do tego filozofia „Innego”), to możemy mieć pewność, iż kryje się za tym niekiepski interes… pośredników. Interes, tych, którzy będą organizowali zbiórki dobroczynne i dzielili je pośród potrzebujących. Najzwyklejszy mechanizm państwa socjalistycznego – dystrybucja cudzego dobra odebranego tym, co uwierzyli, lub się wzruszyli w imię solidarności każdego z każdym, każdego pierwiastka z innym… Ci od metody na wnuczka, też przez telefon odwołują się do miękkiego serca i chęci niesienia pomocy. Metodą na wnuczka działa wiele organizacji i… państw. Wywody papieża czynią i nas bezbronnymi i czynią wywieszającym białą flagę chrześcijaństwo w Europie. To duża odpowiedzialność. Bo czas mamy taki, gdy siły antychrześcijańskie wzmogły ofensywę i jeśli do czegoś trzeba nawoływać chrześcijan, to do tego, by byli bardziej roztropni jak węże, niż czyści jak gołąbki, bo inaczej zginą. Jak gołąbki – w chmurkach.

Wg mnie hart ducha, to nie „rewolucja czułości” (cóż za demagogia, sofistyka i zagrożenie pobrzmiewa w tym zwrocie). Dobroczynność i hart ducha, to pojęcia z odrębnych kategorii. Hart ducha wykazywali JP II i Benedykt XVI, albo Leon XIII w swych encyklikach Humanum Genus i Rerum Novarum. O harcie ducha lepiej posłuchać Leona XIII.

W encyklice Humanum genus (20 kwietnia 1884) wypowiedział niezwykłe słowa, jeśli się w nie wmyśleć:

„Jeśli nie kochacie prawdy, to choćbyście twierdzili, że ją kochacie i stwarzalibyście takie pozory, wiedzcie, że w danym momencie zabraknie wam odrazy wobec tego, co jest fałszywe, i po tym da się rozpoznać, że w rzeczy samej prawdy nie kochacie”.

JP II i Benedykt XVI o mało nie przypłacili śmiercią swego hartu ducha. Określanie mianem „hartu ducha” wywieszania białej flagi i organizowania Orkiestry Pomocy Migrantom, wybaczcie, to żart. Gruby żart.

Filozoficznie – pomieszanie z poplątaniem. Dialog, „inny”, otwieranie drzwi, rewolucja, czułość, „rewolucja my”, „rewolucja czułości”, interakcja pierwiastków (niektóre pierwiastki i związki pierwiastków są silnie toksyczne, śmiertelnie groźne, czułość wobec rtęci to samobójstwo), czułość to bycie na tym samym poziomie, co inni (kuriozalne stwierdzenie, oby tylko europejczycy nie potraktowali go dosłownie i nie zeszli na poziom czułości dzieci i młodzieńców muzułmańskich w miastach Europy, którzy wiadomość o każdym zamachu – nie mając niczego wspólnego z ISIS – witają okrzykami radości i aplauzu a w ankietach 60% z nich podaje, że nie ma nic przeciw samobójczym zamachom terrorystycznym – apeluję, wbrew słowom Franciszka, nie schodźmy na ich poziom… czułości, bo Europa spłynie krwią).


Na zakończenie, zamieszczę b.ciekawe dwa fragmenty wypowiedzi francuskiej prawnik i polityk, Marine Le Pen z wywiadu dla katolickiego  La Croix. Proszę, żeby z uwagą przeczytać to, co mówi, niezależnie od tego, jaki się ma stosunek do niej. Ostatecznie ważne jest co ktoś mówi, a nie kto. I czy dane słowa pobudzają do głębszej refleksji. Czy tylko do marzycielstwa i… czułości.

Mówiąc o sobie, powiedziała, że jest osobą  „głęboko wierzącą”,  ale że pomimo to jest wściekła na Kościół. Dodała następnie:  „Sądzę, że Kościół miesza się we wszystko – a nie zajmuje się tym, czym powinien. Moja opinia nie oznacza jednak, że nie żywię szacunku do określonych duchownych”.

Na pytanie, czy zaprosiłaby Franciszka do Pałacu Elizejskiego – Marine stwierdziła:  „Z wielką przyjemnością i powiedziałabym mu to, co mówię w tej chwili do was, tj. żeby nawoływał do dobroczynności, przyjmowania bliźnich, czy cudzoziemców – bo nie szokuje mnie to bynajmniej. Jednakże okazywanie miłosierdzia powinno być wyłącznie indywidualne. Kto domaga się by państwa działały przeciwko interesom własnych narodów – nie stawiając żadnych warunków w przypadku przyjmowania dużych ilości migrantów – uprawia politykę. Powiedziałabym nawet, że jest to ingerencja polityczna – jako że papież jest głową państwa”.

  1. II   S C H I Z M A

6.

Po opisie papieskiego „powrotu do Egiptu”, powrotu do domu niewoli kolej na przedstawienie tego, w jaki sposób papież znalazł się tam, gdzie jest, czyli na progu schizmy w kościele progresywnym, rzekomo „odmrażającym to, co zamroził kościół JP II i Josepha Ratzingera. Do tego potrzebne będzie skrótowe zarysowanie kilku głównych dogmatów teologii wyzwolenia, której skrytym wyznawcą zdaje się być Franciszek od pierwszych dni swojego pontyfikatu. Obecny kurs ideowy Franciszka to złagodzona wersja teologii wyzwolenia, dziwna hybryda marksowsko-chrześcijańska. Jak marksizm przeistoczył się w doktrynę Watykanu pokażę poniżej.

Dążenia i metody dojścia do celu teologii wyzwolenia – bez niepotrzebnego skrupulanctwa – można wyrazić jednym zdaniem (podobnie jak marksizmu). Idiotyzmy są proste, bo są dla idiotów. Posłuchajmy więc ideologa teologii wyzwolenia: „to, czego każda istota ludzka pragnie i co stanowi podstawową humanistyczną perspektywę socjalizmu: zniesienie wyzysku w perspektywie prawdziwego pojednania (społeczeństwo bezklasowe), co jednak koniecznie należy poprzedzić przeprowadzeniem zwycięskiej walki ze sprzecznościami teraźniejszości (walka klas)” [H. Assmann, Teologia desde la praxis de la liberacion, Salamanca 1973, s. 69].

I już wiemy wszystko. Z pantery zrobimy koźlę, z koźlęcia panterę a lew jak wół będzie jadł słomę. A osiągniemy to za pomocą zwycięskiej (co oczywiste) walki ze sprzecznościami. Tak właśnie wygląda myślenie niemowlęcia, co igra na norze kobry. Niemowlęcia o małym rozumku.

Jak wiadomo początkowo niemowlę   porozumiewa się ze światem poprzez krzyk. Potem nadchodzi faza gaworzenia. I właśnie na etapie przejściowym pomiędzy tymi dwiema fazami jesteśmy tutaj. Przetłumaczmy więc te dźwięki:

  • – „zniesienie wyzysku w perspektywie prawdziwego pojednania (społeczeństwo bezklasowe)” nie oznacza tu niczego innego, niż podaje jedna z organizacji zajmujących się wyzwalaniem Afrykanów z Afryki (sorosowski Zielony AVAAZ): „jeden lud, jedno plemię”.

Oczywiście w tej wersji light marksizmu termin „wyzysk” – nie pojawia się, zamiast tego mamy „bieda” „głód.

–            „prawdziwe pojednanie” – oznacza pojednanie islamu z chrześcijaństwem (poprzedzone inwazją setek NGO indoktrynujących chrześcijaństwo rozmywającym je dialogiem z dwoma najgroźniejszymi wrogami) oraz pojednanie tych, co rozparcelują ludziom ich własność z tymi, którym ją rozparcelowują.

„Społeczeństwo bezklasowe” – to dawna nazwa dzisiejszego zwrotu: „społeczeństwo multi-kulti”.

Zdanie: „co jednak koniecznie należy poprzedzić przeprowadzeniem zwycięskiej walki ze sprzecznościami teraźniejszości (walka klas)” oznacza narzucenie przymusu przyjmowania migrantów ekonomicznych. „Sprzeczności teraźniejszości” (sprzeczności klasowe) – oznacza niepożądane istnienie prawicowej opozycji i obiecuje jej ubezwłasnowolnienie.

Skoro już jesteśmy po skrótowym określeniu religii monarchów, panów, urzędników i  księży (w istocie rzeczy w niej nic więcej nie ma oprócz… skrótu, propagując sakralne skracanie o głowę – sama nie jest niczym innym, niż skróceniem myślącego człowieka o głowę) – to możemy przejść dalej.

7.

Niewiele miesięcy po tym jak Franciszek został papieżem, przyjął twórców teologii wyzwolenia, Gustavo Gutierreza i Leonardo Boffa. Teologia ludu – bo tak ją nazywają w ojczyźnie papieża, Argentynie zaczęła stroić się w królewskie szaty na papieskim dworze.

Przyjaciel Fidela Castro i doradca byłego, lewicowego prezydenta Brazylii, Luli, pisarz i teolog brat Betto OP powiedział o teologii wyzwolenia:

„Ona się rozpowszechniła w Kościele, tak dziś nawet papież Franciszek mówi o kwestiach społecznych i politycznych. Niesprawiedliwość społeczna wciąż istnieje, dlatego teologia wyzwolenia jest nadal potrzebna – twierdzi o. Betto.”

JP II był nieugięty w stawianiu tamy herezji marksistowskiej teologii. W rozmowach (pouczeniach), których udzielał duchownym powtarzał nieodmiennie, że „trzeba się trzymać pryncypiów” aby uniknąć niebepieczeństwa popełniania błędów i zawsze – zgodnie z Ewangelią – zalecał wyjątkową rozwagę i umiarkowanie.

Gdy jedna z twarzy teologii wyzwolenia, abp Oscar Romero pojechał w 1980 r. po raz drugi do Watykanu, papież zalecił mu, że trzeba „myśleć nie tylko o sprawiedliwości społecznej i miłości do biednych, ale także o tym, że wyrównywanie rachunków przez lewicowy front ludowy może być równie niekorzystne dla Kościoła”.

Porównując ówczesne wyrównywanie nierówności z obecnym, trzeba powiedzieć, że teraz mamy wyrównywanie nierówności cywilizacyjnych poprzez niekontrolowane, masowe wciskanie biednych do bogatych miast uskuteczniane przez lewicowy front promigrancki. O ile tamto pierwsze mogło być niekorzystne dla Kościoła, to drugie zniszczy Kościoł w Europie. I nie ma na szczytach Kościoła nikogo, kto by tę prawdę – odważnie jak JPII tamtą prawdę – wyartykułował to. W Ameryce Łacińskiej księża uzbrajali najbiedniejszych w karabiny i sami je chwytali. Dzisiaj w Europie bojowników mających zaprowadzić powszechną równość nie muszą już księża wyznający teologię wyzwolenia uzbrajać. Oni już są uzbrojeni w swój fanatyzm… Niektórzy także w coś pozwalającego temu fanatyzmowi w pełni się zrealizować. A duchowni nie zarzucają, jak w Ameryce Łacińskiej, karabinu na plecy. Owszem, wycelowują w nas karabin, ale karabin, czy raczej bagnet słowa „miłosierdzie”.

Tamci księża – zgodnie z credo marksowskim – nasyłali biedotę na kapitalistów. Dzisiejsi, i świeccy i kościelni „teolodzy wyzwolenia i miłosierdzia” nasyłają nachodźców na burżuazję (ściślej, na mieszkańców miast i wiosek, którzy swoją pozycję, rangę, świadomość i własność budowali przez wieki). Też dobrze. Marks by przyklepał. Ziemię na naszych grobach…

Dowodem na braterstwo krwi teologii wyzwolenia i teologii migracji ekonomicznej może być to, że Gazeta Wyborcza tak pisze o teologii wyzwolenia, że nie wiadomo, czy o nią chodzi, czy o popieranie migracji ekonomicznej: „Stanowiła próbę odczytania sensu chrześcijaństwa i Ewangelii z punktu widzenia ludzi biednych, wyrzuconych na margines, wyobcowanych, nieszczęśliwych. Wyrosła w Ameryce Łacińskiej z religijnej i duchowej odnowy wśród biedoty oraz z inspiracji części kleru, natchnionej duchem II Soboru Watykańskiego: otwarcia na świat”. Jakżeż pięknie! Kościół otwiera się na świat. George Soros (w imię niejawnych i nienasyconych) otwiera społeczeństwa. Jaka symbioza i prekognicja! Teraz pozostaje tylko uchwycić się za ręce, utworzyć łańcuch rąk i wspólnie zatańczyć kankana albo jakiś taniec derwisza, który tak nam zakręci w głowie, że ujrzymy gwiazdy, 12 gwiazd przemieniających się w 12 plemion Izraela. Wykoncypowany przez spryciarzy powszechny łańcuch rąk kończy się globalnym łańcuchem na rękach. Albo jak to z wdziękiem i niczego się nie wstydząc wyjawiła jako swój cel jedna z przemycających ludzi fundacji Sorosa, prowadzi do tego, że staniemy się jednym plemieniem.

W Bogocie JP II przestrzegał przed wyborem siły jako metody walki o sprawiedliwość: „Wzywamy was, abyście nie pokładali nadziei w przemocy i rewolucji, jest to bowiem sprzeczne z duchem chrześcijańskim i może opóźnić, a nie przyspieszyć rozwój społeczny, do którego dążycie”. Przekładając to na realia dzisiejsze otrzymujemy porównywalną sytuację: Wyznaczanie państwom pod różnorakimi groźbami a społeczeństwom pod szantażem religijnym i emocjonalnym – jest to nic innego niż wybór siły jako metody walki o sprawiedliwość. Jest to posługiwanie się przemocą i rewolucją.

Na III Konferencji CELAM w Puebli w 1979 r. JP II powiedział biskupom, że „koncepcja Chrystusa jako polityka i rewolucjonisty, jako buntownika z Nazaretu” jest sprzeczna z Ewangelią i sprowadza misję Kościoła na manowce.

Z równą słusznością możemy powtórzyć tę diagnozę stosując ją do dzisiejszego „kryzysu imigranckiego”: Koncepcja Chrystusa jako imigranta ekonomicznego wyznającego agresywną wobec chrześcijaństwa wiarę, mającą jako swój doktrynalny cel tegoż chrześcijaństwa zniszczenie – jest sprzeczna z Ewangelią i sprowadza misję Kościoła na manowce. Filokratyczna (popierająca machinacje możnych tego świata) retoryka Franciszka, iż Chrystus (syn Boży!) to płynący na swej łodzi migrant ekonomiczny z Czarnego Lądu zahacza o obrazoburczość. Nie mówiąc już o tym, że płynie on tylko 8 mil morskich. Później przechwytują go sorosowe okręty fundacji biorących łapówki od mafii…

Przeciwnicy teologii wyzwolenia nazwali abpa Camarę takimi słowy: „rabin z Galilei w tunice Mao z ideologiczną brodą Fidela”. Papież nie ma brody faktycznej, ale ideologiczną ma jak najbardziej. Może ten obrazowy opis Camary pasuje także do głoszonej dziś „wersji chrześcijaństwa”? Trzeba nad tym myśleć. Nic nas od tego nie zwolni. Oprócz ślepoty.

Camara wierzył, że barbarzyństwa socjalizmu rosyjskiego i chińskiego są tylko wypaczeniami „prawdziwego socjalizmu”, „są ciężkim uchybieniem przeciwko duchowi prawdziwego socjalizmu”. Mamy tu w ustach ikony teologii wyzwolenia starą śpiewkę: socjalizm tak, wypaczenia nie. Trudno się oprzeć wrażeniu, że papież Franciszek (na to wskazują jego słowa i czyny oraz niechęć do systemowego oglądu rzeczywistości) podpisałby się pod stwierdzeniem: Marksistowska teologia wyzwolenia biednych tak, lecz wypaczenia nie. Jak z nietajonym zachwytem ujął to komentator produginowskiego portalu: „Choć sam papież nie był związany z tym ruchem [teologią wyzwolenia], mowa której używa bardzo przypomina język księży-idealistów, działających w Ameryce Łacińskiej trzydzieści, czterdzieści lat temu”.

„W czasie pielgrzymki do Brazylii w 1980 r. JP II ponownie odciął się od teologii wyzwolenia. „Wyzwolenie chrześcijańskie – mówił w Brazylii do przedstawicieli CELAM – używa środków ewangelicznych i nie ucieka się do żadnej formy gwałtu ani dialektyki klasowej”. Albowiem „walka klas nie jest drogą prowadzącą do ładu społecznego, ponieważ niesie z sobą ryzyko odwrócenia warunków przeciwników, stwarzając nowe sytuacje niesprawiedliwości”.

Tak. Święte słowa. Walka klas w nowszej wersji, czyli walka skorumpowanych rządów z wolą społeczeństw nie chcących niechcianych intruzów obcej i wrogiej kultury oraz ew. przyszła walka kultury łacińskiej z mahometańską toczona na ulicach biednej Europy stworzy nowe sytuacje niesprawiedliwości. O niebo, czy raczej o piekło gorsze od tych, przed którymi naiwna litość chciała świat uratować.

Gdy chrześcijański marksista (kolejne kwadratowe koło) Ernesto Cardenal ukląkł przed JP II i chciał ucałować jego pierścień – JP II wyrwał mu rękę i pogroził palcem mówiąc: „Ułóż swoje stosunki z Kościołem!”. Zdjęcie obiegło prasę światową. Dzisiaj nie ma kto grozić palcem. Grożąc JP II miał na myśli między innymi takie wypowiedzi (wymysły) Cardenala jak ten: „marksizm uczy walki klas, chrystianizm – poszukiwania w świecie prawdy w imię interesów biednych. Nie ma tu zatem konfliktu.” Zaczynając demagogię w imię interesów biednych (obojętne czy robotników, czy migrantów) zawsze musimy dojść do marksizmu. Do Chrystusa Frontowego. A czy będzie on miał karabin na ramieniu (jak na słynnym obrazie artysty z Ameryki Łacińskiej), czy pas szachida na biodrach – to już lokalno-temporalne szczegóły.

8.

Bezcenny wgląd w umysły ludzi zaczadzonych retoryką Chrystusa-Imigranta, ukazanie w jakim kierunku musi pójść taka zwichrowana myśl b.dobrze pokazuje relacja Mario Vargasa Llosy o Ernesto Cardenalu: „Poszedłem posłuchać go do Krajowego Instytutu Kultury i do teatru Pardo y Aliaga (…) Zjawił się upozowany na Che Guevarę i odpowiadał na demagogiczne pytania jakichś prowokatorów z sali, wpadając w jeszcze większą demagogię. Zrobił i powiedział wszystko, by zdobyć sobie poklask i uznanie nawet tych najbardziej opornych. Nie ma żadnej różnicy między Królestwem Bożym i społeczeństwem komunistycznym; Kościół się skurwił, ale dzięki rewolucji znów stanie się czysty, tak jak się to dzieje właśnie na Kubie. Watykan to jaskinia kapitalistów, zawsze stawał w obronie bogaczy, a teraz jest w dodatku na usługach Pentagonu; to, że na Kubie i w ZSRR istnieje tylko jedna partia, znaczy, że elity służą za ferment masom dokładnie tak, jak – wedle zalecenia Chrystusa – Kościół miał służyć ludowi; krytykowanie obozów pracy przymusowej w ZSRR jest niemoralne (…)”.

Wprawdzie podczas wizyt JP II w Ameryce Płd roiło się od prowokacyjnych transparentów typu: „Witaj Janie Pawle II w Nikaragui wolnej dzięki Bogu i rewolucji” czy też: „Między chrześcijaństwem a rewolucją nie ma sprzeczności”, to odwieczny depozyt wiary był dzielnie broniony przez Wojtyłę i Ratzingera. Dwa dokumenty katolickiej Kongregacji Doktryny Wiary, z 1984 i 1986 roku – kierowanej przez kardynała Josepha Ratzingera napiętnowały jednoznacznie czerwone dewiacje Chrystusa Robotnika. skłoniły Jana Pawła II do ogłoszenia oficjalnego stanowiska w sprawie teologii wyzwolenia. „Kard. Ratzinger zwoływał też komisje doktrynalne episkopatów latynoskich, a tam, gdzie one nie istniały, zalecał rychłe ich powołanie. Komisje miały powiadamiać Kongregację o błędach doktrynalnych”. W „Instrukcji o niektórych aspektach teologii wyzwolenia” z 1984 r. Watykan rzucał gromy potępienia „na szkodliwe dla wiary i życia chrześcijańskiego dewiacje i ryzyko dewiacji, jakie niosą z sobą niektóre formy >teologii wyzwolenia<, uciekające się w sposób niewystarczająco krytyczny do pojęć zapożyczonych z różnych kierunków myśli marksistowskiej”. Wojtyła i Ratzinger nie ustawali w walce przeciw „deformacji Słowa Bożego”. Jeszcze w 2009 r. w 2009 roku Ratzinger pisał, że teologia wyzwolenia „wywołała bunt, podziały, niezgodę, odszczepieństwo, obrazę i anarchię w Kościele”, a jej skutek to „zdrada sprawy biednych”. Dziś podczas drogi krzyżowej w Watykanie słyszeliśmy słowa 1. o przepraszaniu Izraela (którego? Tego historycznego, czy… dzisiejszego), była to stacja chyba IV Drogi Krzyżowej, oraz  2. słowa o tym, że Chrystus jest migrantem płynącym na łodzi. Na takie deformacje przesłania Ewangelii wygłaszane w czasie najważniejszego ze świąt i to w Watykanie – brak słów. Źle się dzieje w państwie… duńskim. Należałoby zamiast Izraela przeprosić migrantów ekonomicznych za… wyzwolenie u nich niemożliwych do realizacji marzeń, co także jest dużym wykroczeniem niepisanego kodeksu uczciwości. Marzeń tak niefrasobliwie przekraczających granice rozsądku, jak oni przekraczają granice nie życzących ich sobie państw.

Dzisiaj takiej gardy doktrynalnej brak. Herezji Chrystusa Migranta, dewiacji agitowania do ogólnoświatowej wędrówki ludów dziś nikt nie potępia. Herezja wpycha swe głowy w niezliczone szczeliny. „ „Misja apostolska” braci Cardenalów, podobnie jak cała rewolucja sandinistowska, nie rozwiązała ani kwestii biedy, ani niesprawiedliwości”. Zatruła tylko Kościół niespotykaną od wieków słabością. Osłabiła jego bariery immunologiczne w sposób niesłychany. Wplątała go w światowe gry wymyślane przez nienasyconych. Fernando Cardenal został wyrzucony z zakonu jezuitów w 1984 r. „Surowej krytyce poddano posługiwanie się przez niektórych teologów językiem marksizmu w opisie wyzysku i biedy. W opinii Rzymu prowadziło to do polityzacji twierdzeń wiary i ocen teologicznych.” Ale Rzym 30 lat temu a Rzym dzisiaj, to dwie różne sprawy.

Fernando Cardenal krytykował Watykan: „Jesteśmy w pełni świadomi naszej wyjątkowości i ocierania się o granice legalności w Kościele. Jednak misję apostolską pojmujemy w postaci kapłaństwa pozostającego w odwiecznej służbie ruchowi historycznemu, który (…) stanowi ruch humanitarny, a nasza rewolucja jest humanitarna, ponieważ służy biednym”. To jest to słowo, którego nam brakowało w tym tekście: humanitaryzm. Humanitaryzm zabija jak czad. Jest to substancja bezwonna, bezbarwna, niezauważalna („bądźcie uważni”) i… skrajnie łatwo palna. Nawet nie zauważamy, kiedy nawdychamy się jej powyżej krytycznego poziomu.

30-40 lat temu zaślepieni księża-partyzanci doprowadzili do efektów… przeciwnych do zamierzonych. Jest to normą u lewicowców – osiągać… przeciwieństwo swoich celów. „Lewicowa partyzantka sprowokowała zamachy stanu w całej Ameryce Łacińskiej, które doprowadziły do władzy faszyzującą prawicę. Od 1964 r. do 1973 r. praktycznie na całym kontynencie miejscowe, słabe demokracje zostały zastąpione reżimami „bezpieczeństwa narodowego” (nb. przypominającymi permanentne, „bezpieczne” państwo stanu wyjątkowego kierowane przez posłańca Rotschildów, jakim może stać się już wkrótce Francja). Na lewicujących partyzantkach i księżach perorujących o pomocy biednym ciąży olbrzymia odpowiedzialność za „śmierć” słabych demokracji latynoskich i zwycięstwo zamordystycznych reżimów. Nihil novi sub… Leninem.

Podsumujmy:

Używanie przemocy (nacisku instytucjonalnego i finansowego na państwa narodowe oraz swoistego terroru moralnego), prowokowanie rewolucji (konflikty uliczne między europejczykami a islamistami),

Demagogia szybkiego i prostego zlikwidowania biedy, nędzy i głodu,

Demagogia łatwego „wyzwalania” świata od nierówności ekonomicznych poprzez przesunięcia całych grup cywilizacyjnych z jednego kontynentu na inny

–         wszystko to wypełnia znamiona definicji konsekwentnej ideologii czerwonej.

Oparcie się na przemocy, demagogii szybkiej i łatwej likwidacji nierówności ekonomicznych, biedy i nędzy i wyzwolenia wszystkich daje nam klasyczny zestaw dań lewicy. Rokowania zaś wszelkich infekcji lewicowych są takie, iż doprowadzają w tempie przyspieszonym do tego, co zapowiadały, że zwalczą. Czego nie daj nam Boże.

9.

Niezaprzeczalnie warty przeczytania jest wywiad Cezarego Michalskiego dla Krytyki Politycznej przeprowadzony ze Stanisławem Obirkiem, teologiem i historykiem, który wystąpił z zakonu jezuitów w 2005 r., autorem m.in. książki „Umysł wyzwolony”. Jak widać mamy tu do czynienia ze specjalistą od „wyzwoleń” wszelakich i wszystkiego, włącznie z umysłem. Należałoby się więc spodziewać ciekawych objaśnień zmiany kursu Kościoła, tym bardziej, że wywiad jest zatytułowany:  Obirek: teologia wyzwolenia znów jest w Kościele legalna.

S.Obirek zaczyna od tego, że Franciszek ma „nieukrywany pociąg nie tylko do ubóstwa, ale też do upraszczania różnych zewnętrznych form sprawowania władzy”. Jeśli chodzi o upraszczanie, to ja bym tu widział raczej istotniejszy mankament: pociąg do upraszczania złożonych problemów cywilizacji chrześcijańskiej, Europy i poszczególnych państw narodowych. Ale czytajmy dalej: Franciszek „widzi obecność Kościoła pośród ubogich bardzo dosłownie, w duchu teologii wyzwolenia (…) jezuici odwołują się do innej tradycji, do innego modelu Kościoła niż Jan Paweł II”. Mamy tu dwa, b.ważne stwierdzenia. Dobrze, że wypowiedziane przez kogoś, kto zna Kościół od wewnątrz – jest to więc świadectwo wiarygodne. Oczywiście, do tych samych wniosków można dojść drogą obserwacji i analizy wypowiedzi i działań Watykanu – ale zawsze to lepiej oprzeć się na „zeznaniach” naocznego świadka. Co mówi Obirek? Mówi, że nastąpiła ogromna zmiana w Kościele. Broniący tradycyjnie chrześcijańskich wartości Kościół przemienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (nb. kto machnął różdżką? Tylko proszę nie mówić, że macha nią duch czasu…). Przemienił się w model Kościoła hołdującego marksistowskiej teologii wyzwolenia. Obirek obiecuje Krytyce Politycznej, że i tak, to dopiero początek transformacji ustrojowej w Kościele: „Nawiązanie do teologii wyzwolenia, bez czego tzw. gestów Franciszka w ogóle nie sposób zrozumieć, pozwoli w przyszłości odczarować także inne pozycje, na których dzisiaj okopuje się Kościół”. No to wiemy już coraz więcej: „w przyszłości także INNE POZYCJE” i że Kościół się jeszcze OKOPUJE. B. cenne informacje.

Dalej jest równie ciekawie. „Kiedy Wojtyła wstąpił na tron (wow, cóż za sformułowanie!) cofnął błogosławieństwo dla teologii wyzwolenia a wręcz obłożył ją ekskomuniką”. Na szczęście Franciszek znowu ją pobłogosławił, przeciwnie do niecnego, tronującego Wojtyły, który „wolał słuchać innych doradców, którzy mu mówili o zagrożeniu” marksizmem i teologią wyzwolenia. Jaka była przyczyna „nieposłuszeństwa” Wojtyły i Ratzingera wobec lewicowych tendencji – według S.Obirka? Myślę, że część z czytelników już się domyśla punktu docelowego obirkowego sorytu (łańcucha skróconych sylogizmów). Tak, tą przyczyną wszelkiego zła Kościoła wojtyło-ratzingerowego był… etnocentryzm, czy jak to dzisiaj zwą nacjonalizm, faszyzm. I tu jesteśmy w domu, tzn. w jaskini zła Kościoła franciszkowego, którą jest obrzydliwy „stereotyp”, stereotyp patriotyzmu. Mamy więc tu autorytatywne wyjaśnienie, tego, że Franciszek nie porusza i nie rozumie problemów państw narodowych, kwestii np. agonii chrześcijaństwa we Francji, zagrożenia chrześcijaństwa w Polsce przez przymusowe, odrzucane przez społeczeństwo kontyngenty nachodźców. Nie rozumie i prawdopodobnie nie chce rozumieć, bo być może ktoś wielki mu szepnął (tak jak szepnęli Wałęsie), że już niedługo państw narodowych nie będzie i zostaniemy jednym, wielkim, szczęśliwym plemieniem. Jacy naiwni jesteśmy oczekując od Franciszka zrozumienia zagrożeń i bezsensu zalewania Europy nachodźcami. Obirek wyjaśnia tę naszą naiwność: „W tej tradycji oczywiste jest, że bogactwo jednego gromadzone jest kosztem drugiego”. Wszystko więc jasne. Jesteśmy (póki co) bogatsi od trzeciego świata? Jesteśmy. A więc musimy podzielić. Po równo. I najszybciej jak można. Swoim terytorium i swoją własnością. Biedni się niecierpliwią. Mogą się zdenerwować.

Dalej jest już klasycznie. Językiem Gazety Wyborczej i… Krzysztofa Mieszkowskiego z Nowoczesnej: Mamy wraz z Kościołem porzucić „język nienawiści” na rzecz „dialogu społecznego zamiast wyzwisk”, „wyjść z średniowiecza” a na koniec – jak jednym językiem mówią papież, prymas Polski i… Krzysztof Mieszkowski (kilka dni temu w TVPInfo) – jako chrześcijanie otworzyć drzwi swoich domów…

Franciszek, jak to S.Obirek prawie poetycko oznajmia, działa zdecydowanie w tym kierunku, „aby ten śnieg i chłód odpuściły – na powrót do reform i negocjacji z nowoczesnością”, bo po paru latach pontyfikatu Wojtyły „przyszedł zimny wiatr, który zmroził wszelkie pączki nadziei”. Przestrzegam przed zrzucaniem winy za te… brednie li tylko na Obirka. On tylko wypowiada na głos to, o czym w Watykanie i zaciszu gabinetu Franciszka mówi się od lat. (Słyszymy tu po prostu „vox populi Vaticani” bez osłonek. Nazywa się to naga prawda.) Konieczność „odmrażania” tego, co Wojtyła i Ratzinger „zamrozili”, aby Kościół mógł wejść w „dialektyczny spór ze światem”. Nareszcie! Wraz z tym czerwonym zaklęciem („dialektyczny spór ze światem”) jesteśmy w domu, tzn. w centrum Marksa i Engelsa. Dla nich, jak i dla franciszkowego Kościoła najważniejsza była „nędza” (nędza filozofii, nędza proletariuszy etc.). Uff! Wyczerpująca była ta eskapada wraz ze Stanisławem Obirkiem po komnatach obecnej ideologii Kościoła, ale sądzę, że… bardzo pouczająca wiele wyjaśniająca. Prośba do Krytyki Politycznej o więcej w przyszłości tego typu wywiadów. Wprawdzie trochę to głupio dowiadywać się od wroga, nad czym Nasi radzą w sztabach, ale zawsze lepsza świadomość tego na czym się stoi, niż słodki, dobroduszny sen.

Papaaa Franceeesco! Papaaa Franceeesco! Fantastyczny jest ten widok milionów rdzennych mieszkańców Ameryki Łacińskiej wiwatujących na Twoją cześć. Kościół rośnie w siłę (40% katolików jest stąd) i chciałoby się, żeby im się żyło dostatniej. Z grzeczności nie powiem, że jest to raczej marzenie ściętej głowy, bo przecież islamu nie ma w Ameryce Łacińskiej, więc i ścinać nie ma komu. Wiem, że Papa ma duże serce. Wręcz ogromne. Z dużym i miękkim sercem czasem bywają duże kłopoty, o czym mówi wiele przysłów pobożnego ludu. Nie zawsze duże serce wystarcza, np. gdy się ma do rozwiązania zadanie domowe o wysokim stopniu złożoności. To zadanie może rozwiązaliby Wojtyła i Ratzinger. Ale tego pierwszego już nie ma, a drugi zmuszony został do tego, żeby udawać, że jest. Jak to jest napisane w księdze ksiąg: Bądźcie zatem uważni jak węże i czyści jak gołębie. Staram się więc być uważny. I ta uważność podpowiada mi, że może tych dwóch nie ma już dlatego, że starali się być i uważni i czyści. Zbyt uważni, dlatego zniknęli robiąc miejsce dla Papy. A Papy serce tak ogromne, tak wielkie, że siłą rzeczy już b.mało miejsca pozostaje na uważność. Coś kosztem czegoś. Ludzkie prawo. A człowiek nieuważny może narobić… rabanu. Uważność ewangeliczna we mnie podpowiada mi, że ci dwaj może mieli zniknąć, bo nie pasowali. Nie pasowali do układanki, którą zaplanowali synowie tego świata. Czasem mając mniejsze serce, łatwiej zniknąć. Duże serce w języku literackim zwane jest „nieroztropność”, lud nazywa tę charakterystyczną cechę krócej: naiwność. Za duże serce łatwo uchwycić temu, kto chce jego właścicielem pokierować w sobie znanym kierunku.

Mam zarzut do papieża Franciszka. O połowiczność i wybiórczość miłosierdzia. Dlaczego tylko mieszkańcy Afryki i tylko części Azji są zapraszani. To jakaś teoretyczna niesprawiedliwość. Antyhumanitarna dyskryminacja. Rezygnacja z chrześcijańskiej misji. W czym potomkowie indian Amazonii są gorsi od wyznawców Woodoo? Albo głodujący Chińczycy? Że niby za daleko? To pozorny problem. Skrzyknie się kilkanaście fundacji znanych filantropów pochodzących z narodu, który kultywuje przez wieki pamięć o swoim wyzwoleniu z Egiptu i o wszelkich wyzwoleniach – i zjawią się statki pod które podpłyną łodzie miejscowych mafii, które chwilowo się przebranżowią z handlu kokainą na handel ubogimi a busole okrętów nastawimy na kierunek Ziemia Obiecana miodem i mlekiem płynąca i po sprawie. Zaprośmy wszystkich, których dręczy głód, zmrożonych Eskimosów, przegrzanych aborygenów – mamy przecież w Europie klimat umiarkowany, pławimy się w jego rozkoszach. A oni: -40, albo +40. Jaka niesprawiedliwość społeczna! Jakie świadectwo o naszej niemiłosierności! Obojętność, egoizm i w ogóle wieczne potępienie. Wyklęty niech powstanie lud ziemi , naciągnie Adidasy, doładuje iphone`a i wsiądzie do pociągu byle jakiego nie dbając o bagaż i o bilet. A potem lud niech spojrzy przez okno, by zobaczyć jak wszystko zostaje w tyle – do czasu, gdy nie wyśle mu (temu zostającemu wszystkiemu) zaproszenia. Postawimy w stolicach europejskich 200-piętrowe drapacze chmur i tam ich pomieścimy. Szyitów, sunnitów, wyznawców woodoo i regionalnych szamanizmów. Będzie jak znalazł do Europy Regionów. A jak już posprowadzają rodziny i kolegów, to opustoszałe, za zimne i za gorące kontynenty zatopimy. Wszystko jest do zrobienia. Tylko: po co? Przecież mówi się, że każdy absurd ma swoje granice. Wystarczy tylko trzymać się tego, co napisał papież Leon XIII w swej encyklice Rerum Novarum. To Bóg — nauczał papież — oddał całemu rodzajowi ludzkiemu ziemię we władanie („zostawił przemyślności ludzi i urządzeniom narodów”), lecz nie należy tego rozumieć w taki sposób, iż byłaby to własność wspólna przypadająca ludziom w ogólności. I pamiętać o wyczerpujących argumentach, jakimi obudował potępienie socjalizmu, komunizmu i masonerii tenże Leon XIII w encyklice Humanum Genus. Niczego tu odkrywać nie trzeba na nowo.

Zróbmy pewien groteskowy, na pół humorystyczny eksperyment myślowy. Całą Afrykę, Amerykę Łacińską i pół Azji przenosimy pod sztandarem Janosika do Europy. Co będzie dalej? Większość europejczyków ucieknie. Dokąd? Tam gdzie zwolniło się miejsce. I oto owe nieszczęsne z powodu nadmiaru słońca kontynenty rozkwitną. Czarny ląd i Amazonię pokryją miasta. Rozkwitnie przemysł. A nasi uciekinierzy z depczącej im po piętach nędzy, co z nimi? Ano, to co zwykle. Doprowadzą Europę do stanu w jakim była kiedyś Afryka. I po krótkim okresie życia tym, co wypracowali „niewierni” i konsumowania tego – znowu… staną się biedni. I znowu ktoś zacznie wzywać zadomowionych już w Afryce, byłych europejczyków – by nie byli niemiłosierni i by wzięli do siebie, do… Afryki tych godnych współczucia biedaków, w czasach, w których nie było cenzury zwanych murzynami. I oni ulegną, przyjmą czarnych uchodźców z Europy, bo wiele autorytetów zacznie do miłosierdzia i otwarcia domów nawoływać. Szantażując czym się da (sankcjami, dotacjami, ewangelią, humanizmem). I co otrzymamy w efekcie? Ponieważ godni miłosierdzia przyniosą ze sobą swój fanatyzm, swych pogańskich bogów i swoją roszczeniowość oraz rozleniwienie ciągłymi dofinansowaniami dodane do wrodzonego lenistwa i wysokiej endogamicznej płodności – to byli europejczycy ponownie będą zmuszeni ewakuować się. Otrzymamy więc zdewastowaną Europę, Afrykę i Amerykę Płd. Co doprowadzi ludzkość do takiego stanu, że za niedługi czas z trudem znajdzie się na ziemi człowieka, który nie będzie potrzebował miłosierdzia (czy ściślej mówiąc: pomocy), tylko, że już nie będzie nikogo, kto byłby w stanie je dać. Tak się kończą utopie. I przerost serca nad rozumem sterowany ze swych drapaczy chmur przez nienasyconych.

Jeśli ubodzy intelektem tworzą ideologię dla ubogich duchem, to więcej stracą ci drudzy, bo stracą i intelekt i ducha, i wolność stracą w imię wolności i – bywa – życie.

Wolność i równość istnieją pospołu tylko w… raju. Jeśli stawiasz na jedno, ograniczasz lub likwidujesz drugie. Jeśli w imię marksowskiej równości otworzymy na oścież drzwi swoich mieszkań (w wersji wprowadzającej, wstępnej: drzwi swojej parafii) przed rozczarowanymi swym lądem (a może samymi sobą…) mieszkańcami Afryki, to najpierw my stracimy wolność, potem oni a na koniec oni stracą rozum a my życie. Tak się kończą bajki złych bajkopisarzy. Pojęcie wolności, w dzisiejszym, ograniczonym, socjalnym li tylko rozumieniu zrodziło się w opitej piwem głowie Karola Marksa, w przerwie między układaniem młodzieńczych, satanistycznych poematów a robieniem dzieci swojej służącej. Zaiste, mówienie, iż dzięki małżeństwom muzułmanów z mieszkańcami Europy uratujemy demografię kontynentu, jest czynieniem z królewskiej Europy – wykorzystanej seksualnie służącej i obdarzeniem jej bękartem pijanego, fanatycznego satanisty.

 

KONIEC

Biała flaga na czele oraz Czerwoni i Zieloni prowadzą Chrystusa na…

 

Źródła:

Kościołowi grozi schizma

http://niedziela.pl/artykul/106742/nd/Jan-Pawel-II-Franciszek-a-teologia

http://wyborcza.pl/1,75248,138183.html

http://krytykapolityczna.pl/kraj/obirek-teologia-wyzwolenia-znow-jest-w-kosciele-legalna/

https://prawy.pl/9185-teologia-wyzwolenia-tajne-dzielo-kgb/ (link może trudno się otwierać)

http://www.nonpossumus.pl/encykliki/Leon_XIII/humanum_genus/hg.php

http://www.rtso.uni.opole.pl/pdf/33%20(2013)/20-WR%C3%93BEL.pdf

http://www.fronda.pl/a/kard-ratzingerowi-grozono-smiercia-chronili-go-wowczas-marines,91936.html

http://www.ansa.it/sito/notizie/mondo/2017/04/14/le-pen-critica-il-papa-sui-migranti_4202946d-d6a6-40d8-82d5-d721bb66ad91.html

https://www.youtube.com/watch?v=36zrJfAFcuc&feature=youtu.be

https://www.nytimes.com/2017/04/28/world/middleeast/pope-francis-muslims-

egypt.html?_r=0

http://wawel.salon24.pl/774634,watykan-na-lewej-burcie-czyli-fundacje-sekty-nowa-religia-i-nowa-rewolucja

http://wawel.salon24.pl/771859,widzenie-papieza-franciszka

You may also like...

7 komentarzy

  1. piko napisał(a):

    Tak – tak, nie – nie, co inne od złego jest.

    Papież Franciszek od złego jest.

  2. Ciele napisał(a):

    Oj, jak głupi jakiś męczyłem się czytając ten tekst na s24, cały poszatkowany. Trzeba było mi od razu tu wejść.

  3. cisza1 napisał(a):

    @WAWEL24

    Powtórzę, wspaniała analiza….
    To w każdej sytuacji.
    W encyklice Humanum genus (20 kwietnia 1884) Leon XIII wypowiedział niezwykłe słowa ( dzięki wawel za przypomnienie)

    „Jeśli nie kochacie prawdy, to choćbyście twierdzili, że ją kochacie i stwarzalibyście takie pozory, wiedzcie, że w danym momencie zabraknie wam odrazy wobec tego, co jest fałszywe, i po tym da się rozpoznać, że w rzeczy samej prawdy nie kochacie”.

    ps.NaS24 są bardzo ciekawe komentarze.

  4. robertzjamajki napisał(a):

    @WAWEL24
    Wspaniala analiza, ale jesli tak, to zyjemy w «ciekawych czasach» i pomyslec tylko, ze po JPII i papiezu Benedykcie, przyszedl Franciszek moze nie «rozmrazacz», bo to jednak bluzniercze stwierdzenie, ale o wielkim sercu i faktycznie pozbawiony instynktu samozachowawczego (bluznierstwo)..
    Jak komentowac zly program papieski, bez ppdpadania pod heretyckie gadanie?

  5. boson napisał(a):

    radzę się dobrze ogarnąć i pamiętać o tym kamieniu młyńskim u szyi

  6. nagor napisał(a):

    @Wawel24
    Dzięki , za całą serię .
    ==Papaaa Franceeesco! Papaaa Franceeesco!== Jak mają to zrozumieć natchnieni miłosierni ??? że tym razem to tylko hasło z podwójnym dnem . To psychologia tłumu , prawie jak lemingi na klifie .

  7. Sao Paulo napisał(a):

    Wiesz co @Boson?
    Sam się ogarnij i nie dawaj zgorszenia
    Hipokryzja i dawanie wiary fałszowi, a i jeszcze rozpowszechnianie
    tegoż fałszu to grzech…

Dodaj komentarz:

Przejdź do paska narzędzi