Smallywood: Drzwi do sławy

Smoliłód – idąc tropem tej swojsko brzmiącej w naszym języku nazwy można by snuć syntaktyczno-etymologiczne dywagacje o pochodzeniu tego zrostu: o dubach i łódzkiej „filmówce”… nas jednak obchodzi tu dosłowne tłumaczenie (z angielskiego na nasze) tytułowej części: mały (nomen omen) lasek, wśród ekip technicznych tamtejszej „fabryki snów” (technical production crew) nazywany pieszczotliwie polanką samosiejek.

Tytułowe Drzwi są natomiast jak najbardziej dosłowne: zakopane na „metr w głąb” (a pewno i głębiej) przez pełnych poświęceń t.p.c. – na naszych (tj. widzów) oczach odnalazły się właśnie w znanym, jakby się wydawało od lat, seansie, ku niemałemu zdziwieniu tych, którzy upierali się (i powinni za to wreszcie beknąć), że ten film, który puszczali nam do znudzenia to obraz dokumentalny – okazało się, że fabularny!

 

Zanim dowiemy się (od t.p.c. rzecz jasna), jak go nakręcono – kilka słów o filmowych nowościach: przyznać muszę, że dotąd nikt nie podpytywał t.p.c. o te tytułowe drzwi – teoretyków i analityków filmowych (i zwykłych ciekawskich) interesowały a to dziwne koleje burt (przemieszczających się na planie filmowym), a to naiwnie dobrane ich zdaniem elementy scenografii, a to inscenizacyjne wpadki znanego typu „zegarek na ręce Spartakusa” (w omawianej historii zegarki raczej poginęły, ale mniejsza o przykład) i tym podobne  szczególiki, które – powiedzmy to sobie szczerze – szerokiej widowni w zasadzie nie interesują; drzwi jednak okażą się – skromnym zdaniem Waszego wieloletniego recenzenta – wyjątkowym detalem: przewiduję, iż powstanie wiele opinii i „sprawozdań z badań” ich dotyczących, a spory między analitykami tego fenomenu będą długie i zażarte! Póki zatem co – przedstawię Wam swoje skromne zdanie:

 

wpierw jedno słówko przypomnienia pierwszego z całej serii przedmiotowych filmików i filmów science-fiction, jaki ukazał się przed siedmiu laty, już w pamiętną kwietniową sobotę w rosyjskiej telewizji pierwowo kanała – tego samego, który zainspirował najbardziej znanego teoretyka omawianej historii do promowanej przezeń hipotezy „wybuchu w powietrzu” – otóż zgodnie z fabułą dopiero co wyświetlonego nam obrazu, wersja ta stanie się przysłowiowym osinowym (nie jestem pewien, czy nie jest to odmiana brzozy) kołkiem tej hipotezy! Wydaje się bowiem niemożliwe połączyć owo zakopanie (chyba, iż dosłowne, ręczne zakopanie przez t.p.c.), dokonane przez przerażającą „siłę wybuchu”  – ze stosunkowo niedalekim rozrzutem tysięcy (dziesiątków tysięcy, jak podkreśla ów teoretyk) innych, dla odmiany mocno rozdrobnionych, części lecącej jeszcze wówczas filmowanej maszyny. W tym miejscy przywołać pragnę opinię specjalistyczną, zamówioną przez twórców innego filmu, wg której wybuch ten miał miejsce nie w powietrzu, tylko na ziemi – to by mogło się już bardziej zgadzać z jaką taką rzeczywistością – sęk w tym, iż z kolei tamtym zamawiającym nie pasowało do filmowego obrazka, zatem zmienili wymowę tej opinii z „wybuchu” na „ognisko pożaru” (odsłaniam tu szczegóły produkcji filmowej tylko marginesowo)…

 

Tytułowy „silny argument” okazać się więc może mocno kontrowersyjny, co prawdopodobnie osłabi atrakcyjność tej produkcji w niedalekiej nawet przyszłości: trudno się spodziewać wielu tantiem z jej ponownego wyświetlania – nie mniej widzowie (jak zawsze!) otrzymali już swoją porcję przeżyć i jak to prozaicznie (acz z pełnym uzasadnieniem psychologicznym) bywa – zapamiętają te produkcję bardziej, niż inne:

jest po prostu najnowsza!

 

 

 

 

P.S.

Z uwagi na ograniczające mnie zapisy umowy wydawniczej – uprasza się o nierecenzowanie opublikowanej recenzji pod niniejszym przedrukiem

You may also like...

Dodaj komentarz

Przejdź do paska narzędzi