Cielęce lata 5

Już za miesiąc Wielkanoc więc co nieco o tym co było dla nas najistotniejsze w tamtych dniach. Oczywiście aspekt religijny był istotny, ale głównie za sprawą rodziców. Wówczas religia była nauczana w salach kościelnych, więc trzeba było w tym okresie częściej dreptać na nauki i rekolekcje do kościoła. Dało się to przeżyć, choć ciężko było.

W domu też gonili do porządków, a pod koniec były dodatkowe prace związane z malowaniem jajek. Nie będę się wymądrzał na ten temat – na pewno są tu osoby, które profesjonalnie opiszą ten zwyczaj, uwzględniając aspekty wiary, kultury, sztuki i technologii zdobienia.

Dla nas facetów co innego było najważniejsze – strzelanie z kalichlorku i lany poniedziałek. O strzelaniu było uprzednio, więc teraz o laniu.
Ma ono zapewne jakieś podłoże kulturowe, ale to nie było istotne, istotne było że można było się  oblewać bez jakiś konsekwencji.

Na naszych podwórkach mieliśmy niepisaną zasadę, że nie oblewamy dorosłych, że zabawa dotyczy nas. Oczywiście na początku było polowanie na dziewczyny. Jak już wszystkie były „upolowane” (znaczy mokre), to się oblewało siebie nawzajem. Co do dziewuch to  pamiętam, że bardziej niezadowolone były te suche niż te mokre.

Techniki były różne i raczej nie było to prostackie lanie z wiadra. Lanie z jakiś kupnych jajeczek czy innych pistolecików na wodę było dobre dla małolatów albo ludzi bez polotu, więc nie będę tego opisywał bo to żenada.
My mieliśmy swoje techniki. Opiszę kilka ciekawszych:
– lanie z wentyla
– lanie z syfonu
– atak z powietrza prezerwatywą

„Wentyl” był metodą rażenia z bliska i z zaskoczenia. Sposób wymagał pewnej wprawy, przebiegłości,  doświadczenia i był obarczony ryzykiem. Ale jak nie ma ryzyka, to nie ma zabawy, no nie?

Jak wiadomo wentyl rowerowy służył nie tylko jako wentyl rowerowy ale miał kilka innych poważnych zastosowań. Proszę nie mylić tego co teraz jest nazywane wentylem. To są maszynki. Wentyl klasyczny wygląda tak:

 

Precyzyjnie to jest gumka wentylowa, która była również stosowana np. do procy:

ale to temat na osobne opowiadanie.

Po pierwsze żeby lać, to trzeba było napełnić. Zawiązywało się jeden koniec na supeł a drugi trzeba było podłączyć do kranu a jak tu podłączyć skoro mamy dysproporcje w dziurkach. Teraz to człowiek pewnie by w guglach znalazł rozwiązania a wówczas po prostu wyrywało się kartkę papieru z zeszytu składało w wąski pasek, tym paskiem owijało się końcówkę gumki tak by ciasno wchodziła do kranu i pompowało. W wyniku takiej operacji otrzymywało się gumową kiełbaskę o średnicy ok 4 cm i długości 75 cm co dawało ok 1 l wody. Nowicjusze zanim uzyskali odpowiednią kiełbaskę zużywali kilka gumek i sami byli mokrzy.

Taką kiełbaskę wsadzało się do lewego rękawa zaciskając końcówkę palcami. Następnie z uśmiechem zbliżało do ofiary, podawało prawą dłoń na powitanie. Trzymając go w przyjacielskim uścisku z lewego rękawa następował atak wodny w jakieś newralgiczne miejsce. Metoda była dobra, ale miała trochę wad. Potem nie bardzo chciano podawać ci rękę na powitanie, a jeżeli już to walili w lewą co czasami powodowało pęknięcie kiełbaski i wlanie się litra wody do rękawa.

Metoda na syfon polegała na rażeniu na odległość. Co to jest syfon pokazuję i objaśniam:

Były syfony jak powyższy tylko dla bezpieczeństwa ubrane w siateczkę z cienkich metalowych drucików.

Lanie z takiego syfonu było bez sensu. Po dwóch strzałach zasięg spadał do 1m a potem to już była katastrofa. Broń nie raziła i z reguły przeciwnik dopadł ciebie i byłeś mokry. Ale od czego nasza kreatywność, to znaczy Krzysia i moja. Za pomocą pompki samochodowej zwiększyliśmy ciśnienie w syfonie. Przy pierwszej próbie dzięki siateczce nikt nie odniósł obrażeń – po prostu ciśnienie jakie zaaplikowaliśmy syfonowi przerosło jego wytrzymałość i gruchnął, być może miał jakąś skazę. Po pierwszym nieudanym doładowaniu było już wiadomo ile pompnięć jest bezpieczne.

Efekt działania tak załadowanego syfonu był krótkotrwały ale piorunujący. Szpryca wodna leciała na ładnych kilka metrów i przebijała standardową kurteczkę z kretonu czy innej bawełny. Niestety mieliśmy tylko jedną pompkę i został się jeden syfon więc szybkostrzelność była kiepska.

Lanie z wysokości, jak wiadomo ma kilka zalet ale i wad.  Zaletą jest że działasz z ukrycia i przeciwnik nic ci nie zrobi, a wady –  brak celności (kiepskie skupienie) i niska siła rażenia – ładunek wodny  zmienia się w deszcz. No chyba że lejesz wiadrem ale to działanie prostackie.

Było rozwiązanie, które wyeliminowało wady – należało nalać wodę w delikatne opakowanie. Nie było wówczas torebek plastikowych więc zastosowaliśmy prezerwatywę. Już nie pamiętam jak weszliśmy w ich posiadanie, ważne że były. Dopiero trzecie podejście zakończyło się sukcesem. Tak to jest z pionierskimi rozwiązaniami, bracia Wright też od razu nie polecieli.

Pojemniki albo pękały w trakcie nalewania wody albo w transporcie na krawędź dachu. Rozwiązaniem był dwulitrowy garnek w którym przenosiło się prezerwatywę z wodą. Na poddaszu naszego bloku była pralnia i suszarnia (tak kiedyś było). Więc po załadowaniu „broni” przez wyłaz wchodziło się na dach (5. piętro), podczołgiwało do krawędzi i wylewało z garnka wodę zapakowaną w zawiązaną prezerwatywę.

Celowaliśmy w trawnik, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że spuszczenie komuś 2 kg z piątego piętra na głowę nie jest wskazane.

Efekt był niesamowity, radzę spróbować samemu – to trzeba zobaczyć! Nie chodziło o samo chlapnięcie o ziemię, które było super, tylko o lot. Kształty jakie przybierała kula wody podczas spadania przypominały wielką wieloodnóżkową amebę w upiornym tańcu.

You may also like...

21 komentarzy

  1. Janekp1 pisze:

    Myśmy lali ze smoczka. Jedną stronę smoczka rozwiązywaliśmy sznurkiem a z drugiej strony była zrobiona dziurka. Tą dziurką przyciskało się smoczek do kranu i następowało powolne napełnianie. Jak już zrobił się dość duży balon z wodą, zatkało się palcem dziurkę i hajda na podwórko. Lało się wszystkich jak popadło i nikt się nie obrażał.
    Zdarzało się, że balon pękał w domu a woda zalewała całą łazienkę.
    Z procą to się nie rozstawałem, najlepsze widełki można było uzyskać z krzaka bzu.
    Pamiętasz jak w szkole strzelało się ryżem przez rurkę z ołówka automatycznego albo skoblami zrobionymi z papieru lub cienkiego kabelka, cienkie gumki zawiązane były na palcach jako widełki procy. ( wskazującym i kciuku )
    Mogę tak godzinami opowiadać o naszych zabawach w latach dziecinnych.
    Dziś dzieci nie potrafią się bawić na dworze.

    Ps. Nawet graliśmy z dziewczynami w korale.

  2. piko pisze:

    Smoczek to dla mnie nowość. Reszta to standard.

  3. rk1 pisze:

    == Co to jest syfon pokazuję i objaśniam ==

    „pokazuje i objaśniam” – uwielbiam ten zwrot.
    poznałem go na studium wojskowym.
    utrwalil sie w „Festung Breslau”

  4. piko pisze:

    Tak to były niezapomniane chwile. Te wykłady z musztry gdzie przy kroku równym:
    „podchorąży musi cało stopo w asfalt uderzać”.

  5. Pawicz pisze:

    A jak to się bawi z dziewczynami w korale? Kto znajdzie koralik?

  6. piko pisze:

    @pawicz
    Oj, chyba to nie są zabawy związane z tradycją wielkanocną?

  7. Pawicz pisze:

    @Piko
    W istocie. Raczej są związane ze żniwami i sianokosami, chociaż niektórzy twierdzą, że można grać cały rok.

  8. Tadeusz_K pisze:

    Piko
    „Dziewuch”-„dziewuchy”
    To pojęcie jest licencjonowane przez PO, szerung, podpaskę.
    Proszę zważać na konsekwencje finansowe z tyt. naruszenia patentu.
    Nohood wystarczająco sfinansował przedsięwżięcie.

  9. Zolw pisze:

    Wujek kolegi był weterynarzem. Weszliśmy w posiadanie takich plastikowych strzykawek o ogromnej pojemności – miały chyba ze 40 cm^3. Bardzo celne! Działały jak XVII-wieczny skałkowy pistolet i takie też robiły wrażenie na ewentualnym przeciwniku.

    Nawet odkrylismy ponownie zasade „ognia kontrmarszem”… znaczy, wody w tym przypadku.

  10. Zolw pisze:

    @ Tadeusz2017

    Lewacy ukradli już wszystko i teraz kradną słowa?

    „Szarpajmy jadło nos sztuki, a kiedy jadła nie stanie…”

  11. piko pisze:

    @Tadeusz2017 @rzuff
    To mi się podoba. Ww. blogerzy wykazali się czujnością w sprawie „dziewuch”.
    Opisywane zdarzenia miały miejsce dosyć dawno temu i „dziewuchy” już wówczas funkcjonowały (obok dziewczyn, bab, koleżanek).

    Nazywanie dziewuchami pierdykniętych kobiet w różnym wieku uczestniczących w jakiś idiotycznych protestach jest kolejnym zawłaszczaniem starych fajnych nazw.

    W latach liceum (też opiszę) kursowały inne określenia (laski, dupy, gruchy, szprychy). Mam nadzieję, że panie się nie obrażą ale tak było. To jest po prostu historia.

  12. Tadeusz_K pisze:

    Zolw
    „Lewacy ukradli już wszystko”
    Nie wszystko.
    Pozostała dusza.
    A jej koniec życia ma nastapić w 2050-wedle planu..
    Ale to zależy, czy np. wpiszemy się w tak prostą sprawę jak śrajben petycję, która opublikował RK1.
    Pozdro.

  13. Zolw pisze:

    Podpisać – podpisałem, tylko ja mam taki problem, że nie wierzę w sprawczą siłę petycji. Ale może jestem pesymistą.

  14. Tadeusz_K pisze:

    Piko
    (laski, dupy, gruchy, szprychy)”
    Zgadzam się za wyjątkiem „laski” bo to już nie moja epoka.
    Niebawem za lat 10 pozostana jeno dziewuchy_klucy.
    Szkoda bab, babek, dziewczyn, dupek,…szkoda!
    Bedom nas straszyć szerungowate dziewuchy _ Kluchy….OOO!!!WRRR!
    Ratujta się kto może!

  15. Włóczęga pisze:

    My robiliśmy „strzykawy”,kłopot był tylko z odpowiednią rurką,aż do chwili gdy do wsi wujostwa i okolicznych zawitała elektryfikacja.Trochę nas to „kosztowało”ale od panów elektryków uzyskaliśmy odpowiednie rurki,i to plastikowe,produkcja ruszyła na całego.Problemem stał się brak chętnych na „amunicyjnego”,każdy chciał być operatorem a nie nosiwodą.Ale co tam,przez 2 lata nasza uliczka rządziła w lejka na „Zygmuntówce”

  16. Tadeusz_K pisze:

    Zolw

    „Ale może jestem pesymistą.”

    Chyba nie, bo jest nas dwóch.
    Ale…
    Jak powiedział E. Burke:
    Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili..
    Zolw
    -tu działa tzw determinizm z konieczności, a która to konieczność została wymyślona, wypracowana, ukształtowana.
    Dlatego też pisma się spełniają, a jednocześnie podają wskażówki niespełnienia.

  17. piko pisze:

    @włóczykij
    Na podwórkach były dostępne krany w ścianach. Kto obstawił taki kran to był „panisko”. Z tym, że chętnych do wody było wielu więc sam długo się nie utrzymywał na „pozycji”.

    U mnie zaczęło się po jakimś czasie ganianie z wiaderkami i wówczas zrezygnowałem. Pewnie też się wyrastało z tego rodzaju „aktywności”.

    Ale jest co wspominać.

  18. tichy pisze:

    koraliki

    wklejam stary komentarz (2009) z dawnego dobrego S24 (którego już nie ma)

    http://sosenka.salon24.pl/41293,wielka-wyprawa-na-gore-smieci
    ——————————————————————————————-

    dawne wrocławskie place zabaw

    trawa na prerii między blokami
    bunkry
    trzepaki

    Bunkry – takie rurowate, górna połowa wystawała nad ziemię. Najlepsza zabawa – zapomniałem jak się nazywała – wzajemne spychanie się. Wiem jak się nazywa w innym języku – zabawa w „king of the hill”.

    Wnętrze bunkra – lepiej nie mówić, służyło jako latryna, miejsce libacji, hotel dla ubogich, oraz agencja towarzyska. To juz było po zmroku… Czasem pojawiała się rano milicja, bo jakieś ciało, etc….

    Pogrzebawszy w ziemi, w dowolnym miejscu – różności się znajdywało. Najwięcej – malusieńkich koralików. Także, skrawki gazet lub książek pisanych szwabachą, szmaty, skórzane fragmenty – pasków, toreb lub butów, metalowe przedmioty, czasem odznaki wojskowe lub monety.

    Także – kości, mnóstwo kości, ciemnobrązowych. Niektórzy mieli szczęście znaleźć całą czaszkę.

    Gdy moja rodzina wyprowadzała się stamtąd w nowe bloki, bunkry jeszcze były. Gdy po kilku latach wróciłem w odwiedziny, już ich nie było, zastąpione żwirowanym placykami zabaw z piaskownicami i hustawkami, i drabinkami do wspinania się, na których dzieci wciąż bawiły się w „king of the hill”.

    Jak ta zabawa się nazywała, może ktoś przypomni?

  19. piko pisze:

    @Tichy
    Nie miałem takich „atrakcji” jak opisujesz.

    Spychania z trzepaka nie uskutecznialiśmy. Grało się w „Króla” ale do tego potrzebna była piłka do kosza i kosz.

Dodaj komentarz:

Przejdź do paska narzędzi