„Na wyrwę” : Ludzkość, Nauka, Wiara – a Zbawienie

W świecie współczesnej nauki jest wiele nurtów, które stanowią sztukę dla sztuki, służąc jedynie porządkowaniu świadomości. Ale może właśnie to zwrócenie się ku własnej świadomości jest ważnym punktem wyjścia wobec impasu, jaki był udziałem ludzkich poszukiwań przez długi czas panowania pozytywizmu i neopozytywizmu?

Metanauka – początkowo odnoszona do dziedzin dedukcyjnych (sformalizowanych: matematyka, logika), a obecnie także i empirycznych – stanowić miała panaceum na uporządkowanie uprawiania nauk, niezbędne rzekomo dla kolejnego etapu „postępu ludzkości”. Nic z tego nie wyszło: nauka wydaje się obecnie jedynie podstawą technologii, a choć metoda naukowa jest niezbędna, nowe odkrycia dokonują się przede wszystkim spontanicznie i nieoczekiwanie. Nadal nie wiemy, jak dojść do celu wędrówki „ku gwiazdom”, jak wyrwać stamtąd pełnię prawdy, pełnię wiedzy. Sokratejskie „wiem, że nic nie wiem” drwi sobie z naszych wysiłków.

 

Słowo „wyrwać” zostało tu użyte z premedytacją: ogląd dziejów  pozwala na postawienie tezy, iż ta właśnie skłonność leży u podstawy ludzkiego bytu – od samego początku aż po dzień dzisiejszy i najbliższą perspektywę: „postęp”, „rozwój” „poszerzanie granic poznania” itp. hasła, związane są z nim w sposób trwały.

Nie można jednak nie zauważyć, iż ma ono w naszym języku odcień pejoratywny, związane jest z przemocą, gwałtem na naturze rzeczy – zatem oddala nas (przynosząc „postęp”) od jej istoty. Skokowy, rewolucyjny postęp (począwszy od rewolucji agrarnej – gdy myśliwy stawał się rolnikiem po wyrwaniu puszczom piędzi ziemi uprawnej; r.a. przyniosła wszystkie, także wszystkie współczesne! nieszczęścia cywilizacyjne: choroby, nierówność płci, klasowość, szkodliwe zmiany ekologiczne itp.) dawał z jednej strony poczucie siły człowieka – z drugiej to poczucie siły eksploatował przeciw niemu samemu, kreując podboje i kolejne rewolucje.

Wszystko to zostało właśnie „wyrwane” naturalnym posiadaczom, naturalnemu biegowi historii ludzkiej, prowadząc donikąd: nie jesteśmy ani szczęśliwsi, ani mniej narażeni na niebezpieczeństwa, ale przede wszystkim – nie przybliżyliśmy się ani na jotę do Poznania; obrazowo mówiąc Wiara w Człowieka, Nadzieja na „lepsze jutro” (wyrwij murom zęby krat) – zabijają w nas Miłość.

Oczywiście kolejne pokolenia otrzymują w wianie rzeczywistość zastaną – niestety, wraz z genotypem, imperatywem podboju; czy świadomość, że jest ona niespełnieniem wystarczyć może do zawrócenia z tej drogi? Pewnie w wymiarze zbiorowym – nie; jest za to możliwa do realizacji jednostkowej – jako rezygnacja z kroczenia nią. Przykłady są szeroko znane (eremici, współcześni uczestnicy medytacji metapsychicznych) i nie skłaniają specjalnie do naśladownictwa; pozostawanie (nawet chwilowe) poza rzeczywistością nie zmienia (niestety – jeśli chodzi o ogół wyznawców jakiejś wyższej idei) jej charakteru…

Pozostaje jednak kształtowanie swej własnej świadomości – świadomości ułomnej natury ludzkiej, bezsensu „walki o pokój i sprawiedliwość społeczną”, a przy tym toczenia sporów ideologicznych: wszystkie te kwestie pozostawały i pozostawać będą rozstrzygnięte jedynie dla zwycięzców (których jest o wiele, bardzo wiele mniej, niż uczestników zmagań) i to bez „dania (jakiejkolwiek obiektywnej) racji”. Natomiast – w odniesieniu do poszukiwań sformalizowanych (naukowych) – osiągnięcia stanowią najczęściej jedynie cel aposterioryczny innych „osiągnięć ludzkości” (jak to wywodził nieszczęsny Alfred N.) – których to „osiągnięć” też nie jesteśmy w stanie powstrzymać (powstają, jak się rzekło „na wyrwę”).

 

Myśl o Zbawieniu (doświadczeniu stałej Miłości) towarzyszy każdej refleksji nad samym sobą: jest to stan, do którego instynktownie dąży każdy z nas. Myśl ta – skoro jest właśnie namysłem – napotyka jednak na kardynalną przeszkodę, jaką jest niewiedza o kresie: co się ze mną stanie po (nieuchronnej) śmierci?  Odpowiedź na to eschatologiczne pytanie stanowi pułapkę, do której wciągają nas systemy filozoficzne i religijne: oferują nam one własne rozwiązanie, gotowiec, przybliżony na wyciągnięcie ręki, z którego winniśmy skorzystać. Tymczasem namysł nad nim (owym pytaniem) daje nam inną teleologiczną możliwość: nie „co będzie celem tej wędrówki” (jak śpiewał nam Grechuta), a odwrotnie: „jak wędrować”? Zadanie sobie TEGO pytania powoduje, iż sami możemy zdecydować o swoim losie, dokonać świadomego wyboru na podstawie oglądu wszelkich wysiłków cywilizacji ludzkiej (wysiłków – jak już sobie powiedzieliśmy – kontrskutecznych w dochodzeniu do Poznania Prawdy), by uzmysłowić sobie nasz imperatyw moralny; jest nim – tu wszystkie owe systemy są zgodne – „życie cnotliwe”. I tak (wg Arystotelesa) cnotą jest umiar (złoty środek między przeciwstawnymi sobie wadami, np. odwaga jest cnotą położoną między tchórzostwem a zuchwalstwem); wg Konfucjusza –  silna wola „godnego życia” (akceptowanego społecznie); podobnie (za Kantem?) – na „siłę moralną” wskazują ateiści; systemy religijne z kolei odwołują się do czekający każdego Sądu Ostatecznego (traktowanego często jako środek przymusu „zewnętrznego”).

Zbawienie jest jednak celem, którego osiągnięcie należy pielęgnować tu i teraz bez względu na ewentualne korzyści (w Niebie, Nirwanie, Krainie Ojców) – jest zatem wskazówką na wskroś humanistyczną, jednakże możliwą do wypełnienia jedynie bez uciekania się do pomocy innych.

Wskazówka ta niesie zarazem w sobie niebezpieczeństwo subiektywnego, egoistycznego „samoosądu” (niebezpieczeństwo, które redukują wyraźnie wszystkie systemy), a jest to zagrożenie Prawdy podstawowe (nemo est iudex in propria causa) – czy zatem można osiągnąć Zbawienie „indywidualnie”?

Zakładając, że ocenia nas społeczeństwo – oczywiście można (niezgoda na tyranię); jeśli ugruntowana społecznie idea – należy mieć ją na uwadze, acz nie bezkrytycznie. Co pozostaje? Oczywiście – sumienie! Żadne bowiem przyzwolenie, bądź nakaz społeczny, nie rozstrzygną osobowych wątpliwości – uleganie innym, tak z powodu własnej słabości, jak z przymusu społecznego, nie jest drogą do spokoju ducha: rachunku sumienia nie zrobi za kogoś nikt i nic. Można bowiem oczekiwać Zbawienia bez Boga (umierać ze świadomością cnoty), można z wiarą Boską Sprawiedliwość, ale nie można mieć na nie nadziei bez świadomości swojej drogi życiowej: stąd tak wielu obawia się śmierci, próbując ją oszukać przez wybielanie się przy pomocy innych – znów zatem „na wyrwę”.

 

Co jest bowiem „po tamtej stronie”, tego nie wie Nauka, wiedzy nie może zapewnić Wiara, nie zna też historia Ludzkości: Wielka Niewiadoma, która pozostanie nieodgadniona, by każdy miał własną, a nie oferowaną przez kogoś szansę na sukces. Jeżeli istnieje jakiś Boży Plan (a jestem o tym przekonany racjonalnie), to jest to plan prosty: idź i zdaj swoją relację – po to jesteś posłany, by zostać sprawdzonym nie w posłuszeństwie, lecz w osobistej dzielności.

Powie ktoś: selekcja naturalna! Czemuż by nie?

Może Ci się również spodoba

7 komentarzy

  1. Cogi pisze:

    „po to jesteś posłany, by zostać sprawdzonym nie w posłuszeństwie, lecz w osobistej dzielności” piękna myśl 🙂

  2. adamkonrad pisze:

    dopracowany tekst
    szacun

    cos pewnie później napiszę
    ale teraz uciekam z kompa

  3. ProvoCatio pisze:

    bardzo dobry tekst. ja bym poszedł nawet ciut dalej i nazwał rzeczy po imieniu . więc nie ” na wyrwe” tylko ” na wydzir”.

  4. adamkonrad pisze:

    nie da się odnieść na szybko
    🙂
    ale pamiętam i coś prędzej czy później w odniesieniu do notki napiszę

  5. Trzmielka pisze:

    @Propatrian

    „…po to jesteś posłany, by zostać sprawdzonym nie w posłuszeństwie, lecz w osobistej dzielności” – pięknie powiedziane. Negujesz wartość „posłuszeństwa” którego brak, jak często jest to komentowane, był przyczyną grzechu pierworodnego. Mnie także „posłuszeństwo” zgrzyta w tym kontekście. I sądzę, że tam nie o to jednak chodziło, a o zaufanie do Boga. I pewnie z tej ufności („Jezu, ufam Tobie!”) będziemy przede wszystkim rozliczani…

  6. piko pisze:

    Ostatnio z kilku powodów dłużej zastanawiałem się jak żyć i co pozostawić po sobie.

    I mam wrażenie, że jest to nie wyrządzenia nikomu krzywdy i pozostawienie po sobie PORZĄDKU rozumianego w sposób dosłowny i głębszy.

  7. prop pisze:

    Drodzy!
    Napisałem (już drugi) te teksty z wewnętrznej potrzeby tego porządku, o którym wspomniał Piko: zbyt wielu chce nas, Polaków, przekabacić na swoją, nowoczesną modłę – podobnie jak wielu (zbyt wielu) chce nas zwyczajnie ograbić z naszej Tradycji, ukształtowanej przez Kościół Katolicki, ale przecież tradycji wolnościowej, tolerancyjnej, otwartej na innych ludzi. To otwarcie musi być jak najszersze: cóż może być bardziej zrozumiałe, jak oferowanie myśli o Zbawieniu?
    Oferta taka powinna być jednak nie tylko uniwersalna, ale i w jasny sposób moralna – ten tylko będzie dobrze przyjęty, kto kieruje się własnym sumieniem, nie zaś przyjętą ideologią, posłusznie naśladowaną bez autorefleksji. Oczywiście nie chodzi tu o jednostki, które nie mają sumienia; także nie o te hordy obcych najeźdźców; chodzi o wszystkich ludzi dobrej woli, którym odmienne światopoglądy utrudniają wspólne bytowanie: bądźmy na siebie otwarci!
    Tym bardziej, że nie wiemy, co nas czeka po śmierci – nie gotujmy sobie zatem „piekła” na ziemi; niech każdy ufa po swojemu, że dobry Bóg (godziwe życie) jest samo w sobie nagrodą, dlatego wartą trudu i wyrzeczeń, bo najcenniejszą – pokoju duszy ani nie kupisz, ani nie uzyskasz od innych: musisz go wypracować sobie.
    Nie walczmy o ten pokój do „ostatniego naboju” – to bezbożne jest i głupie.

Dodaj komentarz:

Przejdź do paska narzędzi