Może Ci się również spodoba

12 komentarzy

  1. prop pisze:

    Nie liczcie teraz na mnie – padłem.

  2. nohood pisze:

    co?
    o nie… propatrian. a ty gdzie?
    wyluzuj..przejdzie ci.

    same wrażliwe duszyczki…

  3. piko pisze:

    Nie dziwię się, że po takim tekście musiałeś paść z intelektualnego wyczerpania.

    Temat bardzo ważny, bo głównie język służy nam do komunikacji.

    Myślimy też językiem w tym sensie że myśli układają się nam w słowa, logiczne zdania, z których coś tam ma wynikać. Pomijam oczywiście sny i inne stany nieustalone.

    Język to są słowa (znaki akustyczne i graficzne) i to co one oznaczają. I tu powstają problemy związane z możliwością zmieniania znaczeń (zamierzone) i związane z pewną swobodą interpretacyjną każdego z nas.

  4. nohood pisze:

    @pikopiko07
    zniekształcenia w komunikacji biorą się z kilku przyczyn. istotnymi są stres(nadmierna, nieadekwatna mobilizacja), lub przemęczenie wynikające najczęściej z nadmiernego przeładowania operacyjnego( kilka procesów myślowych płynących w tym samym czasie ).
    dlatego ważne jest zaufanie.
    zaufanie. automatycznie teleportuje rozmowę do wymiany istotnej, bez uruchamiania mechanizmów obronnych, czy demaskacyjnych…

    gdy komunikują się ze sobą dwa jeże, to widok jest naprawdę pouczający.
    to tak jak gdyby obok siebie powstawały dwa bastiony obronne przy braku zagrożenia z zewnątrz..- energia jest kierowana na nieadekwatne działania- zamiast rozwoju relacji następuje zimna wojna…

  5. piko pisze:

    @nohood
    Znajomość drugiej strony ułatwia komunikację. Wiemy więcej, rozumiemy niedopowiedzenia, kontekst, znamy (albo tak nam się wydaje) kod kulturowy drugiej strony.

    Z jeżami dobre porównanie. Kiedyś położyłem kolce po sobie ale jeż z naprzeciwka dalej pozostał najeżony. Czasami nie da się i to jest przykre.

  6. cisza1 pisze:

    @Macie rację. Różne są aspekty komunikowania między nami.

    -Trzeba przede wszystkim CHCIEĆ zrozumieć człowieka mimo różnic. Jeśli się chce albo jeśli trzeba, to tylko kwestią czasu jest „dogadanie się”.
    Nie raz myślę o tzw.”konklawe”, czyli konieczności porozumienia. Gdy choć jeden nie chce, to nic z tego.
    -Jeszcze to: czas. Gdy szybko, bez poświęcenia koniecznego czasu i uwagi – to zamiast słów używamy haseł, skrótów. Tak się dzieje dzisiaj. Coś jak sms-owanie.

    -Pułapką, którą ja dostrzegam jest celowo wprowadzana przez relatywistów zmiana znaczeń słów, pojęć Bo chodzi o to, by każdy miał rację, „swoją” rację, bo jedna prawda nie istnieje, każdy ma mieć swoją.Indywidualizm rozbija każdą rozmowę…

    Brak nam cierpliwości, narzędzi (retoryki, filozofii, logiki ) – tego w szkołach nie uczą.
    Temat rzeka….
    Dobrze, @Propatrianie, że go podjąłeś :))

  7. Trzmielka pisze:

    Na blogu z komentarzami, gdzie komunikujemy się ze sobą tylko pisemnie, to szczególnie ważny temat. W epoce przedkomputerowej, kiedy listy pisało się ręcznie, nad każdym zdaniem trzeba było chwilę pomyśleć, żeby nie okazało się, że zanim dojedzie się do końca, trzeba list zniszczyć i zaczynać wszystko od początku.

    Teraz łatwość pisania (i ewentualnego kasowania) sprawia, że nasze komentarze bardziej przypominają nieraz emocjonalne wypowiedzi w rozmowie niż tekst pisany. Ale tu, niestety, nie widzimy rozmówcy z jego mimiką, nie słyszymy tonu głosu… Przy różnych skrótach myślowych stosowanych przez autorów komentarzy łatwo o mylne zrozumienie jego intencji.

    Ze swojego doświadczenia wiem, że ile razy okazywało się, że jakiś fragment mojego tekstu został źle zrozumiany, wina była po mojej stronie: niedostatecznie jasno i precyzyjnie się wyraziłam. To, co nam wydaje się oczywiste, wcale nie musi takie być dla naszego czytelnika. Toteż warto jednak myśleć, zanim coś się napisze, a ponadto – przeczytać przed wysłaniem…

  8. piko pisze:

    @trzmielka

    a ja czasami wolę wypowiadać się na piśmie. Mówiąc często biorą górę emocje, nie zawsze można precyzyjnie zbudować wypowiedź.

    Przy ważnych sprawach wolałem do osoby z drugiej strony sporu napisać niż mówić. Odchodzi też stres związany z koniecznością reakcji na reakcję.

    Oczywiście rozmowy nie da się uniknąć i jest ona czasami źródłem konfliktu ale zawsze powinna być jego finałem.

    Nie wiem czy jasno się wyraziłem 🙂

  9. Cogi pisze:

    Re: Propatrian

    Chciałabym Ci „podarować” jedno z opowiadań Isabel Allende:

    Nazywała się Belisa Crepusculario nie dlatego, że tak jej dali na chrzcie lub tak chciała matka, ale sama szukała sobie tego imienia, aż je znalazła, i przystroiła się w nie. Trudniła się sprzedawaniem słów. Przemierzała kraj od najwyżej położonych i najzimniej szych regionów aż po skwarne wybrzeże, zatrzymywała się na jarmarkach i targowiskach, gdzie na czterech patykach rozwieszała lnianą płachtę i tak chroniona przed słońcem i deszczem przyjmowała swoją klientelę. Nie musiała zachwalać towaru, wszyscy dobrze ją znali z tych ciągłych wędrówek to tu, to tam. Byli i tacy, co czekali na nią z roku na rok i gdy z węzełkiem pod pachą zjawiała się w wiosce, ustawiali się w kolejce do jej straganu. Sprzedawała po uczciwych cenach. Za pięć centavów dawała wiersze do zapamiętania, za siedem ulepszała sny, za dziewięć pisała listy zakochanym, za dwanaście wymyślała obelgi dla nieprzejednanych wrogów. Sprzedawała też opowiadania. Nie były to opowieści zmyślone, ale długie historie wzięte z życia, które płynnie recytowała, nie pomijając żadnego szczegółu. W ten sposób niosła z wioski do wioski nowiny. Ludzie płacili jej za dodanie linijki lub dwóch: urodziło się dziecko, ktoś umarł, pobrały się nasze dzieci, zbiory spłonęły. Gdy zaczynała opowiadać, zawsze zbierał się wokół niej tłumek, bo w ten sposób dowiadywano się o życiu innych, o dalekich krewnych, o okolicznościach wojny domowej. Każdemu, kto zrobił u niej zakupy za pięćdziesiąt centavów, dawała w prezencie jedno tajemne słowo na odpędzenie melancholii. Nie było to, oczywiście, jedno i to samo słowo dla wszystkich, bo oznaczałoby to oszustwo. Każdy dostawał swoje własne i mógł być pewny, że nikt inny w całym wszechświecie, albo i jeszcze dalej, nie używa tego słowa w takim samym celu.
    Belisa Crepusculario urodziła się w bardzo ubogiej rodzinie, która nie miała nawet imion, by obdarzyć nimi dzieci. Przyszła na świat i dorosła w nie gościnnej okolicy, gdzie deszcze przybierają raz postać porywającej wszystko na swej drodze wodnej lawiny, kiedy indziej zaś z nieba nie spada ani kropla, słońce olbrzymieje, wypełniając sobą cały horyzont, a świat zmienia się w pustynię. Jej jedyną zaletą i jedynym zajęciem do ukończenia dwunastego roku życia było przetrwanie, mimo głodu i wiecznego znużenia. Podczas niekończącej się suszy przyszło jej pogrzebać czworo młodszego rodzeństwa, a gdy zrozumiała, że nadchodzi jej kolej, postanowiła ruszyć przez równiny w stronę morza, żeby przekonać się, czy po drodze uda jej się zmylić śmierć. Ziemia była wyjałowiona, spękana, usiana kamieniami, zeschniętymi drzewami i kolczastymi krzewami, szkieletami zwierząt pobielałymi od słońca.
    Od czasu do czasu natykała się na rodziny, które tak jak ona, zmierzały na południe, wabione nadzieją dotarcia do wody. Niektórzy z tych ludzi rozpoczynali wędrówkę, dźwigając dobytek na ramionach lub pchając go przed sobą na wózku, ale w miarę posuwania się naprzód coraz bardziej powłóczyli nogami, więc stopniowo porzucali wszystkie rzeczy po drodze. Z trudem wlekli się przed siebie, ich skóra robiła się sucha niczym skóra jaszczurki, a oczy wypalało słońce. Belisa pozdrawiała ich gestem ręki, lecz nie przerywała marszu, bo nie mogła tracić sił na okazywanie współczucia. Wielu padło po drodze, ona jednak była taka uparta, że zdołała przebyć to piekło i dotrzeć w końcu do pierwszych źródeł: wątłych i niemal niewidocznych strużek wody, które podtrzymywały przy życiu rachityczną roślinność, a dalej zmieniały się w strumyki i rzeczułki.
    Belisa Crepusculario przeżyła, a na dodatek odkryła przypadkiem pismo. Gdy weszła do pewnej wioski opodal wybrzeża, podmuch wiatru rzucił jej pod nogi stronę gazety. Wzięła do ręki żółty, cienki kawałek papieru i przyglądała mu się dłuższą chwilę, nie domyślając się, do czego służy. Wreszcie ciekawość przezwyciężyła onieśmielenie i podeszła do mężczyzny, który mył konia w tej samej kałuży brudnej wody, w jakiej przedtem ugasiła pragnienie.
    – Co to jest? – spytała.
    – Strona gazety z wiadomościami sportowymi – odparł mężczyzna, nie wykazując zdziwienia jej niewiedzą.
    Ta odpowiedź wprawiła dziewczynkę w osłupienie, ale nie chciała sprawić wrażenia bezczelnej, więc ograniczyła się do zapytania o znaczenie tych owadzich nóżek, narysowanych na papierze.
    – To słowa, dziecko. Tu jest napisane, że Fulgencio Barba znokautował Murzyna Tiznao w trzeciej rundzie.
    Tamtego dnia Belisa Crepusculario dowiedziała się, że słowa chodzą samopas, bez właściciela, i każdy, kto wykaże odrobinę obrotności, może je przejąć na własność, żeby nimi handlować. Rozważyła swoją sytuację i doszła do wniosku, że poza prostytucją lub służbą w kuchni u bogatych państwa zostaje jej niewiele zajęć, jakich mogłaby się podjąć. Sprzedawanie słów wydało jej się wyborem uczciwym, więc od tej chwili poświęciła się temu zajęciu i nigdy nie zainteresowała się innym. Oferowała swój towar, nie podejrzewając na początku, że słowa można pisać nie tylko w gazetach. Gdy się tego dowiedziała, zrozumiała, że jej praca stwarza nieograniczone możliwości, więc z zaoszczędzonych pieniędzy zapłaciła dwadzieścia pesos pewnemu księdzu, żeby nauczył ją czytać i pisać, a za trzy pesos, które jej zostały, kupiła sobie słownik. Przeczytała słownik od A do Z, a potem wrzuciła do morza, bo nie zamierzała oszukiwać klientów słowami z konserwy.
    Pewnego sierpniowego poranka, kilka lat później, Belisa Crepusculario siedziała pośrodku jakiegoś placu osłonięta namiotem i sprzedawała właściwe argumenty pewnemu starcowi, który od siedemnastu lat walczył o rentę. Był to dzień targowy i zewsząd otaczał ją zgiełk. Nagle dały się słyszeć tętent i krzyki. Podniosła wzrok znad kartki i najpierw ujrzała tuman kurzu, a zaraz potem grupę jeźdźców, którzy wtargnęli na plac. Byli to ludzie pułkownika. Dowodził nimi Mulat, olbrzym znany w całej okolicy z szybkiego sztyletu i lojalności wobec swego szefa. Zarówno on, jak i pułkownik całe życie bili się w wojnie domowej, a ich nazwiska kojarzyły się nierozerwalnie z bitewną wrzawą i nieszczęściem. Jeźdźcy wpadli do wioski jak rozpędzone stado, mokrzy od potu, wzbudzając ogólny tumult i siejąc przerażenie niczym nadciągający huragan. Kury rozpierzchły się, trzepocząc skrzydłami, psy pognały przed siebie na oślep, kobiety uciekły, zabierając dzieci, i na środku placu nie została ani jedna żywa dusza prócz Belisy Crepusculario. Nigdy wcześniej nie widziała Mulata, więc zdziwiła się, gdy do niej właśnie się zwrócił.
    – Ciebie szukam – krzyknął, wskazując na nią zwiniętym biczem i nim skończył te słowa, dwóch ludzi runęło z góry na Belisę, rozwalając jej namiot i tłukąc kałamarz. Najpierw związali jej ręce i nogi, a potem przerzucili niczym marynarski worek przez grzbiet wierzchowca Mulata i natychmiast wszyscy ruszyli galopem w kierunku wzgórz.
    Po długich godzinach, gdy Belisa Crepusculario była już bliska śmierci, bo od ciągłego podskakiwania na grzbiecie konia jej serce omal nie starło się na proch, poczuła, że się zatrzymują i czworo potężnych rąk zdejmuje ją na ziemię. Spróbowała stanąć na nogach i unieść z godnością głowę, ale siły ją zawiodły, runęła na ziemię z cichym westchnieniem i pogrążyła się w mrocznym śnie. Nocne szmery na polu zbudziły ją po dalszych kilku godzinach, nie miała jednak czasu rozejrzeć się dookoła, bo gdy tylko otworzyła oczy, trafiła na niecierpliwe spojrzenie pochylonego nad nią Mulata.
    – Nareszcie się budzisz, kobieto – powiedział, podając jej manierkę, żeby łyknęła z niej wódki z prochem i całkiem wróciła do siebie.
    Chciała znać powód tak okropnego traktowania, więc Mulat wyjaśnił, że jej usługi potrzebne są pułkownikowi. Pozwolił jej tylko przemyć twarz wodą i natychmiast zabrał na sam koniec obozowiska, gdzie człowiek wzbudzający największą trwogę w kraju odpoczywał w hamaku zawieszonym między dwoma drzewami. Nie mogła dojrzeć jego twarzy, bo przesłaniał ją drgający cień listowia, cieniem kładły się na niej także lata bandyckiego żywota. Pomyślała jednak, że musi to być twarz gotowego na wszystko drania, skoro jego olbrzymi adiutant zachowuje się tak uniżenie. Zaskoczył ją głos pułkownika, miękki i modulowany jak u nauczyciela.
    – To ty sprzedajesz słowa? – spytał.
    – Do usług – bąknęła, wpatrując się w mrok, żeby zobaczyć mężczyznę.
    Pułkownik wstał z hamaka, a światło trzymanej przez Mulata pochodni oświetliło mu
    twarz. Kobieta ujrzała ogorzałe policzki i dzikie oczy pumy i zrozumiała od razu, że stoi przed nią najbardziej samotny człowiek na świecie.
    – Chcę być prezydentem – powiedział.
    Dość już miał ciągłego przemierzania tej przeklętej ziemi wszerz i wzdłuż, dosyć bezsensownych wojen i porażek, których żaden fortel nie potrafił zmienić w zwycięstwa. Od wielu lat sypiał pod gołym niebem, gryziony przez robactwo, żywiąc się iguanami i zupą wężową. Drobne te niedogodności nie były jednak powodem, dla którego zapragnął odmienić swe życie. Naprawdę dokuczał mu strach, jaki wyzierał z ludzkich oczu. Marzył, by wkraczać do miasteczek pod triumfalnymi łukami, wśród kolorowych chorągiewek i kwiatów, chciał, żeby ludzie bili mu brawo i dawali w prezencie świeże jaja i świeżo upieczony chleb. Męczyła go świadomość, że mężczyźni przed nim uciekają, kobiety ronią z przerażenia, a dzieci dygocą ze strachu. Dlatego postanowił zostać prezydentem. Mulat radził, żeby ruszyli do stolicy, wpadli galopem do Pałacu i przejęli rządy tak, jak wcześniej zdobywali inne rzeczy, nikogo nie prosząc o pozwolenie. Pułkownik nie chciał jednak stać się kolejnym tyranem, bo w historii tego kraju było ich wystarczająco wielu, a poza tym nie zaskarbiłby sobie w ten sposób miłości ludzi. Chciał, żeby wybrali go w powszechnym głosowaniu podczas grudniowych wyborów.
    – Dlatego muszę przemawiać jak kandydat na prezydenta. Możesz mi sprzedać słowa przemówienia? – spytał pułkownik Belisę Crepusculario.
    Otrzymywała w przeszłości wiele różnych zleceń, ale żadne nie było podobne do tego. Nie mogła jednak odmówić, obawiała się, że Mulat wpakuje jej kulę między oczy albo, co byłoby jeszcze gorsze, że pułkownik się rozpłacze. Chciała mu pomóc także dlatego, że na jego widok poczuła gwałtowne uderzenie ciepła, zapragnęła z całych sił dotknąć tego mężczyzny, przesuwać dłońmi po jego ciele, utulić go w swych ramionach.
    Całą noc i dużą część następnego dnia Belisa Crepusculario wyszukiwała w swym repertuarze słowa odpowiednie do prezydenckiego przemówienia. Pilnujący kobiety Mulat nie odrywał oczu od jej mocnych nóg i dziewiczych piersi. Belisa odrzuciła słowa szorstkie i oschłe, a także nazbyt kwieciste, wyblakłe od nadmiernego używania, nie chciała słów, które obiecują rzeczy niemożliwe, są pozbawione prawdy i niejasne. Wybrała tylko takie, które potrafią celnie trafić do umysłu mężczyzn i intuicji kobiet. Wykorzystując wiedzę nabytą od księdza za dwadzieścia pesos, napisała przemówienie na kartce papieru, a potem dała znak
    Mulatowi, żeby rozwiązał linę, którą przywiązali ją za kostki u nóg do drzewa. Zaprowadzono ją ponownie do pułkownika, a gdy go zobaczyła, znowu poczuła ten sam pulsujący niepokój, co przy pierwszym spotkaniu. Podała mu kartkę i zastygła w oczekiwaniu, podczas gdy on patrzył na litery, trzymając papier koniuszkami palców.
    – Co tu jest, u licha, napisane? – spytał w końcu.
    – Nie umiesz czytać?
    – Umiem się bić – odparował.
    Przeczytała przemówienie na głos. Przeczytała je jeszcze trzy razy, żeby jej klient mógł sobie wszystko utrwalić w pamięci. Kiedy skończyła, dostrzegła wzruszenie na twarzach mężczyzn z oddziału, którzy przyszli jej posłuchać. Zauważyła też, że żółte oczy pułkownika błyszczą entuzjazmem. Był przekonany, że dzięki słowom Belisy zdobędzie dla siebie fotel prezydenta.
    – Jeśli po trzykrotnym wysłuchaniu przemówienia chłopaki dalej stoją z otwartymi gębami, znaczy, że się nadaje, pułkowniku – wyraził swą aprobatę Mulat.
    – Ile sobie liczysz za tę pracę, kobieto? – zapytał szef.
    – Jedno peso, pułkowniku.
    – To niedrogo – powiedział, otwierając przytwierdzoną do paska torbę z resztkami ostatnich łupów.
    – Masz jeszcze prawo do małej premii. Przysługują ci dwa słowa tajemne – powiedziała Belisa Crepusculario.
    – Co to znaczy?
    Zaczęła mu wyjaśniać, że za każde pięćdziesiąt zapłaconych centavów obdarowywała klienta jednym słowem na wyłączny użytek. Pułkownik wzruszył ramionami, ta oferta wcale go nie interesowała, ale nie chciał być nieuprzejmy wobec kogoś, kto tak mu się przysłużył. Ona podeszła nie spiesznie do stołka, na którym siedział, i pochyliła się, żeby dać mu zapowiedziany prezent. Mężczyzna poczuł wówczas rozsiewany przez kobietę zapach wiejskiego zwierzęcia, ogniste ciepło buchające z jej bioder, groźne muśnięcie jej włosów, oddech pachnący miętą, gdy szeptała mu do ucha dwa tajemne słowa, do jakich miał prawo.
    – Są twoje, pułkowniku – powiedziała, cofając się krok. – Możesz ich używać, kiedy zechcesz.
    Mulat odprowadził Belisę aż na skraj drogi, przyglądając się jej uporczywie błagalnym wzrokiem bezdomnego psa, ale gdy wyciągnął rękę, żeby jej dotknąć, powstrzymała go potokiem wymyślonych naprędce słów. Słowa odegnały natychmiast jego pożądanie, bo pomyślał, że kobieta rzuca na niego jakąś nieodwołalną klątwę.
    We wrześniu, październiku i listopadzie pułkownik wygłosił swoje przemówienie tyle razy, że gdyby nie składało się z lśniących i mocnych słów, zmieniłoby się w proch ze
    zużycia. Przemierzył cały kraj, przekonując wyborców, by na niego głosowali. Wjeżdżał do miast w triumfalnym nastroju, zatrzymywał się także w zapadłych wioskach, gdzie tylko śmieci świadczyły o obecności człowieka. Gdy on przemawiał na podium pośrodku placu, Mulat i jego ludzie rozdawali cukierki i malowali złotą farbą jego imię na murach, ale nikt nie zwracał uwagi na te sklepikarskie chwyty, bo wszyscy słuchali, olśnieni klarownością jego wywodu i poetycką jasnością argumentów, porwani jego chęcią naprawienia błędów popełnionych w przeszłości i po raz pierwszy w życiu weseli. Gdy kandydat kończył mówić, oddział oddawał salwę z pistoletów w powietrze i rzucał petardy. Gdy odjeżdżali, zostawiali po sobie smugę nadziei, która unosiła się w powietrzu przez wiele dni niczym wspaniałe wspomnienie po cudnej komecie. Pułkownik stał się szybko najpopularniejszym politykiem. Oto mężczyzna, którego ukształtowały lata wojny domowej, naznaczony bliznami,
    przemawia teraz jak profesor, a jego autorytet szerzy się w całym kraju, poruszając serce narodu. Nikt tu wcześniej nie widział niczego podobnego. Pułkownikiem zajęła się prasa. Dziennikarze przyjeżdżali z daleka, by zrobić z nim wywiad i rozgłosić jego poglądy. W ten oto sposób urosły zastępy jego zwolenników i wrogów.
    – Dobrze nam idzie, pułkowniku – powiedział Mulat po dwunastu tygodniach sukcesów.
    Ale kandydat go nie usłyszał. Powtarzał w myślach swoje dwa tajemne słowa. Robił to coraz częściej. Wypowiadał je, gdy dopadała go nostalgia, szeptał je przez sen, wiózł je ze sobą konno, myślał o nich przed rozpoczęciem słynnego przemówienia i łapał się na tym, że rozkoszuje się nimi także w chwilach beztroski. Ilekroć te dwa słowa przychodziły mu do głowy, przywoływały na myśl Belisę Crepusculario, a wtedy burzyły się w nim zmysły na wspomnienie wiejskiego zapachu, ognistego żaru, niebezpiecznego muśnięcia kosmyka włosów i oddechu pachnącego miętą. Zaczął w końcu chodzić jak błędny i jego ludzie zrozumieli, że życie z niego ujdzie, nim zdobędzie fotel prezydencki.
    – Co się z tobą dzieje, szefie? – wielokrotnie pytał Mulat, aż któregoś dnia pułkownik nie wytrzymał i wyznał, że winę za jego stan ducha ponoszą owe dwa słowa, które utkwiły mu w brzuchu.
    – Wypowiedz je, może wtedy stracą swoją moc – prosił wierny adiutant.
    – Nie powiem, są tylko moje – odparł pułkownik.
    Nie mogąc patrzeć, jak stan jego szefa pogarsza się z dnia na dzień, niczym stan skazańca oczekującego na wykonanie wyroku śmierci, Mulat zarzucił karabin na ramię i ruszył na poszukiwanie Belisy Crepusculario. Tropił jej ślady wzdłuż i wszerz kraju, aż znalazł ją w końcu w miasteczku na południu, gdy siedziała pod płachtą swego wysłużonego namiotu i recytowała litanię wiadomości. Stanął przed nią w rozkroku, a w ręce trzymał broń.
    – Jedziesz ze mną – rozkazał.
    Czekała na niego. Schowała kałamarz, złożyła lnianą płachtę rozpiętą nad straganem, zarzuciła na ramiona szal i bez słowa wspięła się na grzbiet konia. Podczas całej drogi nawet nie spojrzeli na siebie, bo pożądanie Mulata zmieniło się we wściekłość i tylko strach, jaki czuł przed jej językiem, nie pozwalał mu pociąć jej biczem na kawałki. Nie chciał jej także mówić, że pułkownik chodzi jak ogłupiały i to, czego nie dokonały długie lata wojny, sprawiło jedno zaklęcie wyszeptane do ucha. Trzy dni później dojechali do obozowiska i w obecności całego oddziału Mulat natychmiast zaprowadził swą zdobycz do dowódcy.
    – Przywiozłem ci tę czarownicę, pułkowniku. Oddaj jej te słowa, a ona niech zwróci ci męstwo – powiedział, wycelowując lufę karabinu w kark kobiety.
    Pułkownik i Belisa Crepusculario popatrzyli na siebie dłuższą chwilę, mierząc się na odległość wzrokiem. Zgromadzeni ludzie zrozumieli wówczas, że ich szef nie może już uwolnić się od czaru tych dwóch diabelskich słów, bo zobaczyli, jak drapieżne pumie oczy stają się potulne, gdy ona podchodzi i chwyta go za rękę.

  10. cisza1 pisze:

    @ Trzmielka @piko

    Żywa rozmowa! Nic jej nie zastąpi…teraz, gdy jestem „w więzieniu” doceniam:)
    Przychodzą. Nie możemy się „nagadać” 🙂 I przestało mieć znaczenie, czy coś tam zostało nie tak powiedziane. „Gość w dom, Bóg w dom”.
    Pisanie, telefon i inne „techniczne” kontakty pozbawione są ceremoniału, gestów…

    Ale dobrze, że są:))
    Piszę. Staram się, piszę z nadzieją, że czytający mnie zrozumie ale też z góry zakładam i nie dziwię się, że inny ktoś zrozumie mnie opacznie. Trudno.
    Bywa, że nie wiem, czy w ogóle odpowiedzieć, nie wiem, czy w ogóle zrozumiałam sens „rozmowy” i o czym ona jest :))

    Nobody is perfect…

  11. Trzmielka pisze:

    @Cisza, @Piko

    No tak – piszemy do siebie, ale tęsknimy do rozmowy… 🙂 🙂

  12. Trzmielka pisze:

    @Piko

    Bardzo ukonkretniłeś sprawę, pisząc o okolicznościach, kiedy bardziej sprawdza się tekst, a kiedy rozmowa. Jak piszemy, staramy się o większy dystans do własnych emocji. To właśnie pozwala uniknąć nieporozumień, które mogą powstać przy szybkiej wymianie zdań w rozmowie. Ale z kolei, żeby zastąpić gesty i ton głosu, które sporo dopowiadają, trzeba więcej słów i to precyzyjnie dobranych, bo inaczej gotowe nowe nieporozumienie.

    Chyba najważniejsze – i w rozmowie, i w liście – to zakładać dobre intencje tej drugiej strony, choćby nawet z pozoru wydawało się, że jest inaczej. Oczywiście, ten kredyt zaufania mają przede wszystkim osoby znane i wcześniej akceptowane. Trolli to nie dotyczy – bo też są znane, ale inaczej… 😉 Jaki komfort, że ich tutaj nie ma!

Dodaj komentarz:

Przejdź do paska narzędzi